(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie na
Menu 2.)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie na
Menu 4.)
Witam na stronie o tropikalnych owocach
strefy Pacyfiku i o ich niezwykłych cechach:
Wszyscy znamy nasze typowe owoce, takie
jak jabłka, gruszki, śliwki, pomidory,
ogórki, itp. Wiemy też, że niektóre z nich niezależnie od
swego wspaniałego smaku, wartości odżywczych i rozlicznych
witamin, posiadają również najróżniejsze inne cechy i
zdolności. Przykładowo, gruszki mają tendencję
do wyzwalania bólów brzucha i powodowania rozwolnienia.
Jednak zbijają też w dół temperaturę i uspokajają. Jagody
leśne powstrzymują biegunkę i ustalają kupę. Ogórki łagodzą
i zaniżają ból gardła. Itd., itp. Czas więc poznać także
najbardziej podstawowe rodzaje tropikalnych owoców,
ich najważniejsze cechy, oraz filozofie ich spożywania.
Część #A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Jakie są cele tej strony:
Najważniejszym celem tej strony jest opisanie
kluczowych cech tropikalnych owoców ze strefy
Pacyfiku. Szczególnie uwypuklone przy tym
zostały ich cechy wpływające na nasze zdrowie.
Ponadto strona ta stawia sobie za cel ujawnienie
też raczej mało znanej filozofii zjadania owych
owoców.
#A2.
Co zamotywowało mnie do przygotowania tej strony:
Nasza planeta posiada trzy strefy tropikalne,
mianowicie strefę amerykańską, afrykańską,
oraz strefę Pacyfiku. Aczkolwiek ludzie sadzą
w tych strefach wiele podobnych owoców
tropikalnych, przykładowo banany czy pomarańcze,
ciągle strefy te posiadają także wiele innych
owoców - które są unikalne tylko dla nich.
Przykładowo w strefie Pacyfiku unikalnym
jest owoc nazywany "durian", którego nie
sadzi się w strefie amerykańskiej ani w Afryce.
Co jednak najważniejsze, w strefach tych
kultura, tradycja i filozofia jedzenia
poszczególnych owoców tropikalnych jest
drastycznie odmienna. Na niniejszej
stronie internetowej prezentuję owoce
tropikalne występujące i jedzone w strefie
Pacyfiku. Moje doświadczenia z nimi wywodzą
się głównie z tropikalnej Malezji, aczkolwiek
niemal wszystko co rośnie w Malezji, rośnie
również w innych krajach strefy Pacyfiku, np. w
Tailandii, Wietnamie, Borneo, Indonezji, itp.
Tyle, że może tam być znane pod nieco
innymi nazwami, oraz jedzone w nieco
odmiennej formie. Informacje o tropikalnych
owocach strefy Pacyfiku spisane na tej
stronie, są również charakterystyczne
głównie dla kultury, tradycji i filozofii
jedzenia tych owoców w strefie Pacyfiku.
#A3.
Nosiciel praw copyright do tej strony i do zdjęć na niej pokazanych:
Zdjęcia tropikalnych owoców jakie tutaj
prezentuję, a także opisy ich smaku,
wielkości, wyglądu i składu, są mojego
autorstwa. Ja sam (tj.
dr inz. Jan Pajak)
jestem więc nośnikiem praw copyright do
tych fotografii i opisów. Oczywiście, ja nie
miałbym nic przeciwko temu gdyby któryś z czytelników
zreprodukował wybrane z owych zdjęć
czy opisów w jakimś swoim opracowaniu
upowszechnianym pod swoim własnym
nazwiskiem - pod warunkiem jednakże
że w takim przypadku przytoczyłby on
przy owej reprodukcji jakiś
grzecznościowy zwrot potwierdzający
mój wkład do rozpracowania tego tematu,
np. zwrot w rodzaju "courtesy of Dr Jan Pajak".
Mniej znane ludziom cechy i filozoficzne aspekty
jedzenia owoców tropikalnych
opisuję tu na podstawie ludowych opowieści
na ich temat zasłyszanych w tropikalnych
krajach gdzie owoce te rosną i gdzie spożywa
się je na codzień. Większość tych cech i
filozoficznych aspektów poznałem podczas
moich profesur w Malezji i na tropikalnej
wyspie Borneo w latach 1993 do 1998.
Przytaczając te ludowe opowieści ja NIE
staram się tu weryfikować na ile są one
prawdziwe, chociaż jeśli znany jest mi
materiał dowodowy potwierdzający
poprawność określonych stwierdzeń,
wówczas materiał ten wskazuję.
Część #B:
Filozofia i kultura zjadania owoców w strefie Pacyfiku:
#B1.
Wpływy starożytnych Chińczyków:
Starożytni Chińczycy wcale NIE zamykali
się w obrębie swoich "murów chińskich".
Ich eksploracyjne flotylle podróżowały
do najróżniejszych części świata, zaś ich
kupcy zwozili do Chin wszystko co dobrego
ówczesny świat miał im do zaoferowania.
Jak to wyjaśniłem w punkcie #E1 strony
newzealand_visit_pl.htm - o wiadomości od Boga zawartej w nieprzygotowaniu Antypodów do zaludnienia,
w starożytności flotylle eksploracyjne
Chińczyków dotarły aż tak daleko jak
Nowa Zelandia. Najwyraźniej jednak
ostrzeżenia poznane przez Chińczyków
dzięki ich znajmości tzw. "feng shui",
a także zupełny brak jadalnych owoców
na Antypodach, spowodował, że poza
kilkoma przybyciami eksploracyjnymi
Chińczycy NIE utrzymywali kontaktów
z Nową Zelandią, zupełnie zaś z daleka
omijali oni Australię. Niemniej Chińczycy
od tysiącleci doskonale wiedzieli że Nowa
Zelandia istnieje, oraz znali jej dokładne
położenie, odnotowując w swoich kronikach
każde istotne zdarzenie geologiczne Nowej
Zelandii (np. odnotowali oni potężną eksplozję
wulkaniczną która uformowała jezioro Taupo).
Ich filozofia zresztą była taka, że jeśli dany
obszar NIE miał im nic użytecznego do
sprzedania, zaś znajomość "feng shui"
ostrzegała ich przed osiedleniem się na
tym obszarze, wówczas starożytni Chińczycy
przestawali obszar ten odwiedzać. W tym
względzie Chińczycy różnili się drastycznie
od barbarzyńskich Rzymian, którzy podbijali
każdą ziemię która NIE była w stanie im
się oprzeć - nawet choćby tylko dla samej
przyjemności jej posiadania i zarządzania.
Chińczycy oczywiście byli bardzo zainteresowani
w utrzymywaniu stałych kontaktów z krajami
produkującymi m.in. smaczne tropikalne
owoce. Dlatego kultura, filozofia i tradycja
jedzenia owoców tropikalnych w strefie Pacyfiku
jest silnie ukierunkowywana przez wpływy, wierzenia,
filozofię, oraz wiedzę starożytnych Chińczyków.
Musimy bowiem pamiętać, że Chińczycy od
najdawniejszych już czasów odwiedzali te obszary,
handlowali z miejscowymi ludźmi, wyznaczali
zapotrzebowanie na owe owoce, oraz uczyli
miejscową ludność jak owoce te należy poprawnie
spożywać.
#B2.
Filozofia jedzenia owoców i innej żywności upowszechniona po świecie przez starożytnych Chińczyków:
Starożytna wiedza Chińska kwalifikuje wszystkie owoce do kilku
odmiennych kategorii zależnie od tego jaki rodzaj
energii w nich dominuje. Czyni ona tak zresztą ze
wszelkimi innymi rodzajami potraw, a także organizmów
żywych. Zgodnie z nią istnieją dwa podstawowe rodzaje
energii jakie mogą być obecne w owocach, żywności,
ludziach, zwierzętach, roślinach, itp. Są to: energia
"yang" oraz energia "yin". Energia "yang"
jest to energia "męska", która w odniesieniu do owoców
oraz potraw często nazywana jest także energią "rozpalającą".
Z kolei energia "yin" jest to energia "żeńska", w odniesieniu
do owoców i potraw często nazywana także energią "chłodzącą".
Wyniki swoich badań nad obu tymi energiami opisałem w
podrozdziale H2 z tomu 4 mojej monografii naukowej
[1/4]
o danych bibliograficznych: dr Jan Pajak, "Zaawansowane
urządzenia magnetyczne". (Monografia [1/4] ma już obecnie
swoją nowszą wersję, oznaczaną symbolem
[1/5].
Egzemplarze owych monografii
[1/4] i
[1/5]
upowszechniane są gratisowo poprzez niniejszą
stronę internetową za pośrednictwem jej "Menu 1" i
"Menu 4".)
Podsumowująć je tutaj w jednym zdaniu, owa męska energia
"yang" jest starożytnym chińskim odpowiednikiem dla
wszelkich form energii dynamicznej znanych przez dzisiejszą
naukę, czyli np. dla pól dipolarnych, dla energii przepływu,
dla energii przyspieszenia, itp. Z kolei żeńska energia
"yin" jest starożytnym Chińskim odpowiednikiem dla wszelkich
form energii statycznej znanych przez dzisiejszą naukę,
czyli np. dla pól monopolarnych, dla energii ciśnienia,
dla energii potencjału, itp.
Jeśli dany owoc (a także osoba, roślina, zwierzę,
itp.) zawiera w sobie więcej męskiej energii "yang"
niż żeńskiej energii "yin", wówczas Chińczycy
twierdzą, że jest on typu "yang" czyli "męskiego"
lub "rozpalającego". Stąd owoce typu "yang"
(a także wszelka inna żywność, ludzie, zwierzęta i rośliny
typu "yang") przepełnione są nadwyżką energii "męskiej",
która często nazywana jest także energią "rozpalającą".
Starożytna wiedza chińska zaleca, aby owoce i potrawy
typu męskiego "yang" jeść w umiarkowaniu, szczególnie
jeśli samemu przynależy się do katagorii "yang" (np.
jeśli samemu jest się mężczyzną - chociaż należy być
ostrożnym w kategoryzowaniu jedynie na podstawie płci,
bowiem istnieją kobiety u których też może dominować
owa męska energia "yang"). Kiedy zaś już w nich
się rozsmakujemy i zechcemy zjeść dużą ich ilość, wówczas
Chińczycy zalecają aby zaraz po nich zjeść równoważną
energetycznie ilość owoców lub potraw typu żeńskiego
"yin". Do owoców męskiego typu "yang", czyli "rozpalających",
należą, m.in.: durian, persimon, ginger, lychee,
langsat, longan berry, nasiona lotusa (lotus seed),
oraz kilka innych.
Jeśli jednak dany
owoc (a także osoba, roslina, zwierzę, itp.) zawiera w sobie
więcej żeńskiej energii "yin" niż męskiej energii "yang",
wówczas Chińczycy twierdzą, że jest on typu "yin". Stąd
owoce typu "yin" (a także wszelka inna żywność, ludzie,
zwierzęta i rośliny typu "yin") przepełnione są nadwyżką
energii "żeńskiej", która często nazywana jest także
energią "chłodzącą". Starożytna wiedza chińska
zalecała, aby również owoce i potrawy typu żeńskiego
"yin" jeść w umiarkowaniu, szczególnie jeśli samemu
przynależy się do katagorii "yin" (tj. jeśli samemu
jest się kobietą - chociaż należy byc ostrożnym w
kategoryzowaniu jedynie na podstawie płci, bowiem
istnieją mężczyźni u których dominująca jest właśnie
żeńska energia "yin"). Kiedy zaś już ktoś w nich się
rozsmakuje i zechce zjeść ich dużą ilość, wówczas dawni Chińczycy
zalecali aby zaraz po nich zjeść energetycznie równoważną
ilość owoców lub potraw typu męskiego "yang". Jednak
w dzisiejszych czasach zalecenie to wcale nie musi
być już tak pedantycznie przestrzegane. Powodem jest,
że w dzisiejszych czasach większość pożywienia zjadanego
codziennie przez ludzi należy do opisywanych tutaj kategorii
"rozpalającego" lub "mokro-rozpalającego" (np. "rozpalające"
jest wszystko co pieczone, a także wszelkie napoje
chłodzące typu "coca-cola", "lemoniada", itp.). Dlatego
w dzisiejszych czasach, w naszej diecie codziennej typowo
brakuje pożywienia z kategorii "chłodzącej", zaś występuje
nadmiar pożywienia z kategorii "rozpalającej". Stąd
codzienne spożywanie takiego "chłodzącego" pożywienia
dla zbalansowania niemal wszystkiego innego co także
codziennie zjadamy lub pijemy, powinno stawać się
naszym priorytetem. Jeśli zaś jemy już coś "chłodzącego",
wówczas nie musimy tego celowo kompensować zjedzeniem
również czegoś "rozpalającego". Wszakże owo "chłodzące"
pożywienie samo służy właśnie jako balans do tego
co zjedliśmy już wcześniej. Do owoców żeńskiego typu
"yin", czyli "chłodzących", należą, m.in. (w kolejności
ich mocy chłodzącej): mangosteen, ogórki, gruszki,
tapioka, pomidory, kokosy, morskie kokosy, zielone banany
(np. ekwadorskie), cytryny, ananasy (pinaple), starfruit,
arbuzy, kasztany wodne, oraz kilka innych. (Interesującym
w tym wykazie jest nasz zwykły "Europejski" ogórek, który
posiada zdolności silnie "chłodzące". Na jego temat istnieje
nawet powiedzenie "as cool as a cucumber" - tj. "tak
chłodny jak ogórek".) Wśród napojów, "chłodzącymi"
są m.in. piwo i herbata (jednak tylko ta herbata która
jest pita po "chińsku" lub po "japońsku", czyli bez
cukru i bez żadnych innych dodatków).
Oczywiście fakt że jakiś owoc jest typu "yang"
wcale nie oznacza, że nie zawiera on w sobie
wogóle energii "yin", oraz wice wersa. Typ bowiem
do którego dany owoc należy decydowany jest przez panującą
w nim nadwyżkę danej energii. W ten sposób np. durian
posiada w sobie zarówno energię "yang", jak i energię "yin".
Tyle że energii "yang" jest w nim wielokrotnie więcej niż
energii "yin". Jeśli dany owoc zawiera w sobie tyle samo
energii "yang" co energii "yin", wówczas energie te
nawzajem się w nim balansują. W takim przypadku mówi się
że dany owoc jest typu "neutralnego". Owoce oraz
wszelkie inne potrawy typu neutralnego są najzdrowsze
i najbardziej zalecane do jedzenia. Chińczycy twierdzą,
że jeśli ktoś może i lubi, powinien w zasadzie jedać
wyłącznie potrawy i owoce energetycznie neutralne. Owoców i
potraw typu neutralnego można też jeść tak dużo ile się tylko
zechce. Ich zjedzenia nie trzeba też potem balansować
zjedzeniem również odpowiedniej ilości owoców odwrotnego
typu. Do owoców neutralnych należą m.in.: papaya, żółte
banany (tj. maleńkie banany o żółtym miąszu, rosnące
głównie na wyspach Pacyfiku), pomarańcze, guava, dragon
fruit, pomelo, jabłka, soursop, chiku.
Starożytna wiedza
Chińska wyróżnia jeszcze jedną kategorię owoców i potraw,
które nazywane są przez nich "mokro-rozpalające"
(po angielsku "wet-heating"). Zawarty jest w nich szczególnie
"lepki" rodzaj męskiej energii "yang", która po wejsciu do
naszego systemu zatyka nasze kanały przepływu energii i nie
chce już potem z nas wyjść. Stąd energia ta "razpala" nas
potem niezdrowo przez długi okres czasu, często prowadząc
do niemal natychmiastowej choroby. Ponadto "lepka" natura
ich energii i składników powoduje, że owoce te są wysoko
tuczące. Przykładowo w okresie dojrzewania owoców "mango"
w Indiach, niemal cała populacja Indii przybiera na wadze.
Chińczycy zalecają aby szczególnie wystrzegać się jedzenia
tych owoców i potraw, zaś jeśli już je zjadamy, aby jeść je w dużym
umiarkowaniu. Wszakże jeśli zje ich się zbyt dużo, wówczas
wywołają one w nas chorobę (nie wspominając już o podtuczeniu).
Należy też przestrzegać zasady, aby po zjedzeniu czegoś
"mokro-rozpalającego" natychmiast balansować to zjedzeniem
lub wypiciem czegoś "chłodzącego" (tj. czegoś z dominacją
energii "yin"). Do owej kategorii "mokro-rozpalających" owoców
należą m.in.: mango, mandarynki, winogrona, rambutan,
chempedak, jack fruit, oraz kilka innych. Z kolei do kategorii
potraw "mokro-rozpalających" należy wszystko co jest smażone
w wysokiej temperaturze i w tłuszczu (np. "frytki").
Według starożytnej wiedzy Chińskiej, cała sztuka
i filozofia jedzenia, w tym jedzenia owoców,
a także cała filozofia i sztuka utrzymywania
swego ciała przy zdrowiu, polega na takim
spożywaniu owoców i potraw, aby obie
energie "yang" and "yin" nawzajem się w nas
zbilansowały. (Wszakze nawet dzisiejsze
angielskojezyczne powiedzenie stwierdza,
że "jestesmy tym co zjadamy" - po angielsku
"we are what we eat".) Wyrażając to innymi
słowami, aby być zdrowym, energie
naszego ciała muszą być utrzymywane
w stanie nieustannego balansu. Jeśli
bowiem którakolwiek z owych dwóch
podstawowych rodzajów energii zacznie
znacząco dominować w nas ponad tą
drugą energią, wówczas ciało zapada na
chorobę. Dlatego najlepiej zjadać owoce
i potrawy "neutralne". Jeśli zaś zje już się
dużą ilość czegoś "rozpalającego", np.
duriana, wówczas zaraz po tym powinno
się także zjeść energetycznie podobną
ilość czegoś "chłodzącego", np. po durianie
objętościowo tyle samo mangosteen, albo
dwukrotnie więcej gruszek - które chłodzą
nieco mniej niż mangosteen, albo też trzykrotnie
więcej słabo chłodzącego arbuza, itp. W
przeciwnym wypadku, rozpalająca energia
zjedzonej potrawy, w tym przykładzie duriana,
u mężczyzn w których naturalnie dominuje
energia "yang" może wywołać np. nocny
ból gardła. Podobnie zresztą taki nocny
ból gardła u tych mężczyzn spowoduje też
niczym nie zbalansowana "mokro-rozpalająca"
energia dużej porcji smażonych kurczaków,
czy dużej porcji smażonych "frytek".
#B3.
Wpływy wiedzy starożytnych Chińczyków na tradycje jedzenia w Polsce:
Powyższe warto uzupełnić
informacją, że w staropolskim folklorze kucharskim również praktycznie
stosowane były zasady energetycznego komponowania potraw - bardzo
podobne do omówionych powyżej zasad chińskich (byc może że dawna
Polska odtrzymywała jakieś wpływy Chińczyków za pośrednictwem Tatarów
i Mongołów). Moja matka po kądzieli wywodziła się z wielopokoleniowej rodziny
zawodowych kucharek. Przykładowo jej matka, a moja babcia, była dosyć
sławną kucharką która pracowała w wielu pałacach jej czasów. Także
matka mojej babci była dosyć sławną kucharką pracującą w wielu
kuchniach pałacowych jej czasów. Moja matka zawsze też nam powtarzała
jakich potraw lub składników pokarmowych nie wolno jeść lub
mieszać z jakimi innymi, jakie zaś zawsze powinny być jedzone lub
mieszane razem. W głupocie i beztrosce lat młodzieńczych ani ja, ani
żadne z mojego rodzeństwa, nie pospisywało sobie tych zasad. Ich
tajemnicę matka zabrała więc ze sobą do grobu. Teraz zaś ogromnie
"pluję sobie w brodę" z tego powodu. Jedyną lekcję jaką wyniosłem
z tamtych napomnień matki, to aby unikać jedzenia potraw zaprojektowanych
przez dzisiejszych "nowoczesnych" kucharzy, a głównie nastawiać
się na jedzenie tradycyjnych potraw jakie znane są nam już od dawna.
Powodem jest że dzisiejsi "nowocześni" kucharze komponują swoje
potrawy całkowicie ignorując ową wypracowaną przez wieki empiryczną
wiedzę na temat ich kompozycji energetycznej (nic dziwnego ze
tworczość dzisiejszych kucharzy po angielsku często nazywana
jest teraz "junk food" - co można tłumaczyć jako "jadalne śmieci").
Zjadanie produktów wypocin dzisiejszych "nowoczesnych" kucharzy
zwykle czyni nas tylko coraz bardziej chorymi. Natomiast
stare tradycyjne potrawy były kiedyś w Polsce komponowane właśnie
zgodnie z zasadami owej istotnej wiedzy empirycznej. Ich zjadanie
podtrzymuje więc w nas zdrowie. Wspominając obecnie liczne
napomnienia mojej własnej matki na temat co, jak i kiedy należy
jeść lub też nie jeść, to co piszę na niniejszej stronie internetowej
na temat kultury i filozofii jedzenia wywodzącej się od starożytnych
Chińczyków, jest jedynie odświeżeniem i sformalizowaniem
wiedzy która w dzieciństwie serwowana mi była w moim własnym
domu rodzinnym.
#B4.
Podobna do chińskiej filozofia jedzenia zdefiniowana przez starożytnych Indyjczyków:
Niezależnie od opisanej powyżej tradycji
chińskiej, oraz powtarzającej niektóre jej elementy
tradycji staropolskiej, podobne tradycje istnienia podstawowych rodzajów
energii zawartej w owocach i żywności stosuje również w praktyce
kuchnia staroindyjska. Indyjczycy używają jednak nieco odmiennych
terminów i definicji które bazują na stwierdzeniach
filozofii verdyjskiej. Według nich, energia zawarta w żywności może
posiadać jedną z trzech form, które Indyjczycy nazywają: sattva
(co oznacza "neutralne", "czyste", albo "stężone"), tamas
(co oznacza "inercyjne", "męczące", "osłabiające"), oraz rajas
(co oznacza "energetyzujące", "gorące", "aktywne"). Formy te dosyć
zgrubnie odpowiadają rodzajom energii zawartych w żywności, które
starożytni Chińczycy nazywali "neutralna", "yin", oraz "yang".
Część #C:
Generalne cechy tropikalnych owoców oraz ich odmienność od owoców z innych stref klimatycznych:
#C1.
Owoce to nie tylko pożywienie, ale także
naturalne lekarstwo, źródło najróżniejszych
dobrodziejstw, styl życia, oraz
dar od Boga:
Wszyscy zapewne znamy angielskie przysłowie,
"jedno jabłko dziennie trzyma lekarzy
z daleka, jedna cebula dziennie trzyma
wszystkich z daleka, jeden czosnek dziennie
trzyma nawet wampira Drakulę z daleka"
(w oryginale angielskojęzycznym "one
apple a day keeps doctor away, one onion
a day keeps everyone away, one garlic a
day keeps even Dracula away"). Przysłowie
to posiada zaszyfrowane w sobie aż dwie istotne
informacje, mianowicie (1) że jedzenie owoców
kształtuje nasze zdrowie i samopoczucie, oraz
(2) że podczas spożywania owoców wysoce
pomocna okazuje się znajomość wszystkich
ich własności i cech - a nie jedynie ich zdolności
do zaspokajania naszych własnych upodobań
smakowych. Niniejsza strona internetowa stara
się nie tylko dokonać przeglądu najważniejszych
owoców tropikalnych ze strefy Pacyfiku, ale również
dla każdego z owych owoców dostarczyć te dwie
istotne informacje.
Ogromnie interesujące są wyniki analizy owoców jako
daru od Boga.
Jak bowiem się okazuje, sporo owoców jest nośnikiem
raczej nadprzyrodzonych cech. Przykładowo, kokosy
nigdy nie spadają na głowy ludzi, czyli mają one
jakby "ludzkie oczy" (po szczegóły patrz opisy z punktu
#D1 poniżej). W tropiku w obiegu znajduje się też
powiedzenia, że "dla każdej istniejącej choroby
Bóg
stworzył jakiś owoc który chorobę tą leczy".
#C2.
Generalne cechy owoców tropiku:
Tropikalne owoce wykazują kilka generalnych
cech, które są relatywnie odmienne od cech
owoców z innych stref klimatycznych. Wymieńmy
tutaj choćby najważniejsze z owych cech:
1. Uzależnienie smaku od miejsca wyrośnięcia.
Większość europejskich owoców smakuje niemal
tak samo niezaleźnie od tego gdzie one wyrosły.
Przykładowo jabłko wyrosłe w Polsce smakuje niemal
identycznie jak jabłko z Nowej Zelandii czy Japonii.
Tymczasem smak tropikalnych owoców zmienia się
drastycznie z miejscem ich wyrośnięcia. Przykładowo
"durian" z Malezji jest najsmaczniejszym owocem
świata. Jednak "durian" z sąsiedniej Tailandii daje
się przełknąć tylko z wielką trudnością, zaś durian
z Australii jest wprost NIE do zjedzenia. Dlatego
jedząc tropikalne owoce dobrze jest wiedzieć gdzie
one wyrosły. Ich smak jest bowiem bardzo silnie
zależny od miejsca wyrośnięcia.
2. Silny aromat. Większość tropikalnych owoców
ma bardzo silny aromat (zapach). Siłę tego aromatu
każdy z nas może docenić porównując jak nieznacznie
pachną np. jabłka lub śliwki, z siłą zapachu np. pomarańczy
czy cytryn. Niestety, zapach ten NIE zawsze i nie
do każdego jest przyjemny. Przykładowo "durian"
(omawiany w punkcie #G1 poniżej) słynie NIE tylko
dlatego że oficjalnie jest on najsmaczniejszym
owocem świata, ale także ponieważ jest on najbardziej
śmierdzącym owocem świata.
3. Znaczący wpływ na zdrowie i samopoczucie
jedzącego. W Europie tylko niektóre owoce
wpływają silnie na zdrowie i samopoczucie jedzącego.
Tymczasem każdy tropikalny owoc ma bardzo
silny taki wpływ. Stąd jedząc owe owoce dobrze
jest wiedzieć jaki wpływ one wywierają. Faktycznie
też sporo tradycyjnych metod leczenia bazuje na
wykorzystaniu owego wpływu owoców tropikalnych
na zdrowie i samopoczucie jedzącego - po szczegóły
patrz strona
healing_pl.htm - o foklorystycznych metodach przywracania zdrowia.
4. Wykazywanie nadprzyrodzonych i paranormalnych
własności. W poprzednim punkcie #C1
podkreślałem, że wiele owoców tropiku wykazuje
się posiadaniem cech które potwierdzają
iż są one rodzajem
daru od Boga.
Niektóre z nich cechują bowiem niemal nadprzyrodzone
własności (np. rozważ cechę "kokosów" że nigdy nie
upadają one na głowę człowieka, czy cechę owoców
"salak" że wymownie ilustrują one bibilijną historię
o Ewie i wężu). Inne zaś wykazują
paranormalnie cechy (np. drzewo bananowe
posiada wysoce rowiniętego "ducha" który może
imitować ducha ludzkiego - po szczegóły patrz
punkt #D3 poniżej). Dlatego w przeciwieństwie
do owoców z innych stref klimatycznych, tropikalne
owoce lub tropikalne drzewa owocowe często
są używane do uprawiania najróżniejszych form
magii. (Odnotuj z opisów zawartych na stronie o
teorii wszystkiego
zwanej
Konceptem Dipolarnej Grawitacji,
że "magia to po prostu wykorzystanie praw
rządzących przeciw-światem dla wywierania
wpływu na zdarzenia z naszego świata".)
#C3.
Cechy które są omawiane na tej stronie:
Czytając pospisywane na tej stronie informacje
i folklorystyczne ciekawostki o tropikalnych
owocach ze strefy Pacyfiku, w oczy zapewne
rzuca sie fakt, ze z całego oceanu ciekawostek
możliwych do zaprezentowania, ja opisuje
tylko te, które wnoszą soba najwyższy potencjał
moralny i nauczający.
Część #D:
Opisy tych owoców strefy Pacyfiku które wykazują najróżniejsze nadprzyrodzone cechy:
#D1.
Kokosy:
W wielu tropikalnych krajach palma kokosowa
jest uważana za święte drzewo które
zostało specjalnie zaprojektowane przez
Boga
aby zaspokajało ono wszelkie podstawowe
potrzeby człowieka. (Odnotuj że "świętość
kokosów" jest tam praktykowana podobnie
jak kiedyś w Europie praktykowana była świętość
"chleba powszedniego" - gdzie dawni Europejczycy
przepraszali kromkę chleba jeśli przypadkowo
upuścili ją na podłogę, gdzie nigdy nie wyrzucali do śmieci
nawet najmniejszych okruchów chleba, a także gdzie
dla wyrażenia swego szacunku do chleba mężczyźni
zawsze zdejmowali czapkę na czas jedzenia. Takie
właśnie manifestacje poszanowania dla "chleba
powszedniego" ja ciągle pamiętam z Polski lat
mojego dzieciństwa, czyli z lat 1950-tych.
Sprawa świętości chleba powszedniego, a
także świętości orzechów kokosowych, jest też
poruszna w punkcie #F2 strony internetowej
biblia.htm - o autoryzowaniu Biblii przez samego Boga,
oraz w punkcie #F2 strony internetowej
god_proof_pl.htm - o dowodach naukowych na istnienie Boga.)
Świętość palmy kokosowej wyraża się przez to,
że na małych wyspach oceanicznych na których
nie rośnie nic innego poza ową palmą, faktycznie
jest ona dostawcą wszystkiego. Aby zrozumieć
jak ogromnie ważną funkcję palma kokosowa
tam wypełnia, wystarczy przypomnieć sobie, że
owe piaszczyste wyspy koralowe na których rośnie
palma kokosowa otoczone są niezdatną do picia
bo słoną wodą oceaniczną i typowo NIE mają one
praktycznie żadnego źródła wody pitnej. Palma
kokosowa jest więc tam nawet dostarczycielem
wody do picia. Z kolei aby zrozumieć jak w nawet
najdrobniejszych szczegółach Bóg tak zaprojektował
kokosy aby możliwie najlepiej służyły one człowiekowi,
wystarczy przyglądnąć się dokładnie skorupce
orzecha kokosowego. Skorupka ta jest bowiem tak
twarda, że na wyspach koralowych gdzie brak jest
gliny i metalu na garnki, to właśnie jej krajowcy
używają do gotowania nad ogniem. Trzeba więc
bardzo dużej siły i doskonałego narzędzia aby
skorupkę tą rozłupać. (Mi rozłupanie mojego
pierwszego orzecha kokosowego, dokonywane
bez skonsultowania się z miejscowymi, zajęło
aż parę dni.) Ponieważ jednak osoba w
potrzebie może NIE mieć owej siły i narzędzi,
w tejże super-twardej i wytrzymałej skorupce
Bóg zaprojektował trzy niewielkie miękkie otworki
o średnicy typowej słomki. Ci więc co wiedzą
o owych miękkich otworkach mogą wsunąć
słomkę do orzecha kokosowego prawie bez
żadnego wysiłku i wypić jego zawartość bez
podtrzeby użycia niemal żadnego narzędzia.
Nic więc dziwnego że w niektórych religiach, np. w
hinduiźmie, bogom składa się nawet ofiary właśnie z
orzechów palmy kokosowej. Biblia stwierdza że gałęzie
palmy były kładzione na ziemi przed kroczącym
Jezusem. Owa boskość palmy kokosowej jest
tam też źródłem głębokiego wierzenia panującego
w krajach w których palma ta rośnie, mianowicie że
orzech kokosowy nigdy nie upada na głowę
człowieka. Faktycznie we wielu krajach tropikalnych,
np. w Malezji, miejscowi ludzie powiadają, że "palmy
kokosowe mają oczy" - dlatego nigdy nie upuszczają
swoich orzechów na głowy ludzi. Ja osobiście zostałem
bardzo zaintrygowany tym wierzeniem. Kiedykolwiek
więc miałem okazję pobytu w miejscach gdzie palma
ta rośnie, wypytywałem tam miejscowych czy znają
przypadek aby orzech kokosowy upadł na czyjąś głowę.
Muszę też tutaj potwierdzić, że pomimo szerokiego
i wieloletniego wypytywania ja nigdy nie natknąłem
się na przypadek aby ktoś znał kogoś na czyją głowę
upadł orzech kokosowy. Taki przypadek byłby
zaś dosyć głośny, bowiem z powodu dużej wagi tych
orzechów, a także dużej wysokości palm kokosowych,
upadek kokosa na czyjąś głowę zakończyłby się
zapewne zabiciem danego pechowca. Oczywiście,
ów fakt braku upadku kokosów na głowy ludzkie jest
czymś niezwykłym i nadprzyrodzonym. Powinno się
więc go tłumaczyć właśnie "świętością" owej palmy.
Wszakże inne drzewa upuszczają swoje owoce
zupełnie przypadkowo, w tym na głowy ludzi. Ja
sam dobrze pamiętam przypadek kiedy upadające
jabłko uderzyło mnie w głowę - na szczęście było
dojrzałe i miękkie. W Malezji rośnie smaczny owoc
właśnie o wielkości kokosów - nazywa się "durian"
(opisywany poniżej w punkcie #G1).
Jest też tam powszechnie wiadomym, że w okresie
dojrzewania durianów ludzie albo powinni się trzymać
z daleka od tych drzew, albo też zakładać na głowę
kaski ochronne. Ciężkie owoce duriana spadają
bowiem "statystycznie", w tym na głowy ludzkie.
Nie jest więc niczym niezwykłym usłyszeć tam
o przypadku oberwania w głowę upadającym
owocem duriana.
Najwyraźniej jednak ktoś nie mógł przetrawić owej
wyjątkowości "świętej palmy" i zdecydował się objąć
"naukowym ateizmem" również owe święte orzechy
kokosowe. Ów ktoś zaczął więc upowszechniać
kłamliwe pogłoski w imieniu nauki, że jakoby rocznie
aż 150 ludzi umiera na świecie od upadków kokosów.
Owe fałszywe pogłoski uczyniły upadki kokosów
hipotetycznie nawet bardziej niebezpieczne od
ataków rekinów. Pogłoski te były też szerzone w
tak zorganizowany sposób, że na ich podstawie
nawet niektóre firmy ubezpieczeniowe zaczęły
opracowywać swoje "kokosowe polisy". Na
szczęście dla prawdy, jacyś naukowcy postanowili
dotrzeć do "badań" które dostarczyły naukowych
podstaw tych twierdzeń o morderczej pladze
upadających kokosów. Wyniki ich badań były potem
streszczone m.in. w artykule "Lies, damn lies,
and 150 coconut deaths" (tj. "Kłamstwa, wierutne
kłamstwa, oraz 150 umierających od kokosów")
ze strony B9 nowozelandzkiej gazety
Weekend Herald,
wydanie datowane w sobotę (Saturday), April 12,
2008. Poszukiwania tych naukowców wykazały,
że owe kłamliwe pogłoski puszczono w obieg
w Australii w 2002 roku. (W świetle tego co
wyjaśnione na stronie
newzealand_visit_pl.htm - o wiadomości od Boga zawartej w nieprzygotowaniu Antypodów do zaludnienia,
nie powinny nas dziwić że to Antypodanie
starają się przodować w wypaczaniu prawdy.)
Dopiero potem były one upowszechnione
po świecie przez artykuł w Daily Telegraph.
Na początku referowały do publikacji jakiegoś
Kanadyjskiego profesora, w której faktycznie
NIE podawano żadnych danych ilościowych
na ten temat, podczas gdy sam professor
zaprzeczył iż kiedykolwiek zgromadził takie dane.
Na przekór więc kłamstw szerzonych na ten
temat pod podszywką oficjalnej nauki, faktycznie
orzechy kokosowe nigdy nie spadają na głowy ludzi.
Na temat świętości palmy kokosowej wynikającej
z jej celowego zaprojektowania przez Boga dla
służenia ludziom, stara legenda z wysp Pacyfiku
stwierdza co następuje: "W czasach kiedy Bóg
ciągle rozmawiał z ludzmi, mieszkańcy wysp
koralowych poprosili Go jak następuje. Boże,
ludziom mieszkającym na dużych kontynentach
dałeś rozległe lasy pełne zwierzyny i różnych
drzew, rzeki z pitną wodą, pola do uprawy, łąki,
zboża, owoce, zwierzęta domowe, oraz metale
na narzędzia i na garnki. Nam zaś dałeś puste
wyspy na których oprócz piasku niczego nie
ma. Daj więc nam coś, co zastąpi wszystkie
te dobra które otrzymali ludzie z dużych kontynentów.
Bóg dał więc wyspiarzom palmę kokosową.
Ta jedna palma zastąpiła sobą wszystkie inne dobra
które otrzymali ludzie z dużych kontynentów."
Faktycznie też palmy kokosowe
są najbardziej użytecznymi roślinami na Ziemi. Rosną one na piaszczystych
wyspach otoczonych słonym oceanem i nie posiadających ani rzek ani jezior
ze słodką wodą. Ich korzenie potrafią bowiem pobierać wodę nawet jeśli
wokoło istnieje tylko słona woda oceanu. Praktycznie też każdy ich
fragment posiada aż cały szereg odrębnych zastosowań. Przykładowo,
pnie drewna palmowego (tzw. "trunks") używane są do budowy mostów
i budynków. Liście tej palmy stosuje się do wyplatania mat i koszyków,
zaś wyciągi z owych liści stosuje się w lecznictwie i gotowaniu.
Sok odciągany z pnia palmy, po wygotowaniu dostarcza doskonałego
"cukru palmowego" (po angielsku "palm sugar"). Z kolei sok spływający
po nacięciu kwiatów palmy kokosowej stanowi natychmiast gotowy do
picia słodki napój alkoholowy nazywany "toddy" - o smaku
przypominającym nasz miód pitny wysokiej jakości. Z kolei ogromne
jak głowy ludzkie orzechy kokosowe dostarczają cały szereg użytecznych
produktów. Zewnętrzna, włóknowata osłona owych orzechów, po angielsku
nazywana "husk" służy do plecienia silnych lin oraz do produkowania
szczotek. Twarda skorupa zawarta pod tą osłoną (tzw. "shell") używana
jest do produkcji najróżniejszych pojemników i naczyń. Jest ona tak
twarda, że na wyspach nie mających gliny ani metali używana jest
ona do gotowania nad ogniem. Pod skorupą tą znajduje się biała,
jadalna warstwa orzecha kokosowego, tzw. "kernel". Ten kernel można
jeść na surowo lub po ugotowaniu. Po roztopieniu na ogniu zamienia
się on w olej jadalny z jakiego kiedyś produkowano margarynę.
Można z niego też wyciskać gęstą, smaczną, "śmietankę kokosową"
(po angielsku "coconut cream"), z jakiej po rozwodnieniu produkowane
jest "mleczko kokosowe" ("coconut milk"). Po wysuszeniu ów biały
kernel zamienia się w tzw. "copra" z której obecnie produkowanych
jest aż kilkaset najróżniejszych wyrobów kosmetycznych, farmaceutycznych
i chemicznych. W końcu wolna przestrzeń zawarta w środku "kernela"
kokosowego wypełniona jest smakowitą "wodą kokosową" która zawiera
w sobie wszystkie składniki potrzebne ludziom do życia.
Jedna z najczęstrzych form pod jakimi turyści
spotykają kokosy w krajach tropikalnych jest tzw.
"woda kokosowa". Woda ta jest wypijana z całych,
ciągle niedojrzałych, oraz otwartych tuż przed
piciem, orzechów kokosowych. Folklor ludowy
tropiku twierdzi, że woda ta ma wiele korzystnych walorów.
Przykładowo, oczyszcza ona i wzmacnia organizm.
Uzupełnia brakujące mikroelementy i minerały.
Podnosi odporność na choroby. Przyspiesza
samoleczenie chorób. Itd., itp. Pod względem
energetycznym woda ta jest "chłodząca". Jej
picie zalecane jest więc też w przypadkach zjedzenia
czegoś rozpalającego (np. smażonych potraw),
a ponadto przy wielu chorobach gorączkowych.
Zgodnie z artykułem [1#D1]
"Coconut water therapy can work wonders"
(tj. "Leczenie wodą kokosową może czynić
cuda") ze strony 14 malezyjskiej gazety
New Straits Times,
wydanie z poniedziałku (Monday), August 18,
2008, woda kokosowa dopomaga ludziom
w szybszym wyzdrowieniu z najróżniejszych
chorób, szczególnie wirusowych - takich jak
słynna "chikungunya" opisana w punkcie #B1 strony
plague_pl.htm - o morderczej zarazie przygotowywanej ludzkości.
Powodem leczniczych zdolności wody kokosowej
jest obecność w niej najróżniejszych istotnych
minerałów które są pomocne w obronie naszego
organizmu przed wirusami. Ponadto woda ta
podobno pomaga usuwać nieczystości z
wątroby - tj. organu który kontroluje temperaturę
naszego ciała i który jest atakowany przez
sporo wirusów - włączając ów śmiertelny
wirus "chikungunya". Niektórzy zalecają
również ową wodę pacjentom po terapii
chemicznej używanej w leczeniu raka, jako
że po owej terapii organizm bardzo potrzebuje
minerałów zawartych w owej wodzie.
Wodę kokosową pije się "słomką" wprost
z otwartego, ciągle niedojrzałego, a stąd
zielonego lub żółtego, orzecha kokosowego.
Zalecane jest picie wody z co najmniej
jednego kokosa dziennie.
Powinienem tutaj nadmienić, że ja osobiście
spróbowałem metody przyspieszania wyzdrowienia
przez picie "kokosowej wody" - tak jak to opisuje
powyższy artykuł [1#D1]. Podczas wakacji w
Malezji w 2008 roku jak zwykle przedobrzyłem
ze spaniem przy włączonym "air-conditioner",
a także przedobrzyłem z napojami silnie
wychłodzonymi w lodówce. M.in. przedobrzyłem
z piciem "wody kokosowej" którą bardzo lubię,
a którą dla poprawy smaku silnie wychładzałem
w lodówce. Niestety, "woda kokosowa" ma
wysokie ciepło właściwe, a stąd po silnym
wychłodzeniu jej chłód aż sprawia ból podczas
picia. W rezultacie już w pierwszym tygodniu
wakacji zapadłem na jakieś wirusowe
przeziębienie gardła. Wprawdzie lekarz
szybko wyleczył je antybiotykiem "Zithromax",
jednak ciągle pozostał mi po nim paskudny,
suchy, jakby chroniczny, kaszel. Przez następny
miesiąc kaszlu tego nie byłem w stanie ani się
pozbyć, ani chociaż go pomniejszyć. Ten
kaszel spowodował też że zaprzestałem
picia kokosowej wody, jako że zimno owej
wody było powodem dla którego dostałem
ów kaszel w pierwszym rzędzie. Kiedy więc
wpadł mi w ręce powyższy artykuł [1#D1]
zdecydowałem się powrócić do regularnego
picia wody kokosowej z młodych i niedojrzałych,
żółtych kokosów. Tym jednak razem wodę
tą piłem ciepłą - tj. prosto po zakupieniu i
otwarciu kokosów na ulicznym straganie.
Taka ciepła woda wcale już nie smakuje aż
tak dobrze jak woda wychłodzona, ale za to
jej temperatura przestaje być niebezpieczna
dla zdrowia. To właśnie poprzednie picie
tej wody po jej silnym wychłodzeniu w lodówce
było jednym z powodów zapadnięcia najpierw
na zapalenie gardła, potem zaś tego upartego
kaszlu. Wypijałem po dwa kokosy dziennie.
Na czwarty dzień takiego picia dało się już
wyraźnie odnotować że mój chroniczny
kaszel rozpoczął stopniowe zanikanie.
Podsumowując powyższe, faktycznie nie istnieje
na Ziemi żadna inna roślina która dla ludzi miałaby
równie wiele użytecznych zastosowań jak palma
kokosowa. Nic dziwnego, że palma ta uznawana
jest za święte drzewo podobnie jak w Europie
kiedyś uznawano świętość chleba powszedniego.
Fot. #D1a: Malezyjska palma kokosowa z
widocznymi kokosami.
* * *
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu wystarczy zwykle
kliknąć na tą fotografie. Ponadto wiekszość tzw. browserow ktore obecnie
są w użyciu, włączając w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
zredukować lub powiększyć, a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.
Fot. #D1b: Kluster młodych, żółtych orzechów kokosowych na malezyjskiej
palmie kokosowej. Zdjęcie wykonane w styczniu 2004 roku w Kuala Lumpur, Malezja.
Każdy z tych orzechów jest wielkości głowy ludzkiej. Są one ciągle niedojrzałe
i w trakcie wzrostu. W pokazanym tu stanie jedynie zawarta w nich "woda kokosowa"
nadaje się do picia. Po dojrzeniu ich pomarańczowa lub zielona wierzchnia warstwa
zamieni się w ciemno-brązowy włóknisty kokon, tzw. "husk", w środku którego
znajduje się pełnowartościowy orzech kokosowy, z zawartoscią opisaną nieco dalej.
W wielu tropikalnych krajach palmy kokosowe
są traktowane z tym samym respektem z jakim
w Europie w dawnych czasach ludzie zwykli
manifestować swoje uznanie dla świętości
"chleba powszedniego". Oczywiście, istnieją
ważne powody dla takiego potraktowania tych
palm. Faktycznie bowiem niezwykłe atrybuty
palm kokosowych dostarczają nam jeszcze
jednego przykładu materiału
dowodowego z obszaru nauk biologicznych
(na dodatek do obszernego takiego materiału
już zidentyfikowanego i już opisanego w punkcie
#F2 strony internetowej
biblia.htm - o autoryzowaniu Biblii przez samego Boga,
oraz w punkcie #F2 strony internetowej
god_proof_pl.htm - o dowodach naukowych na istnienie Boga),
który to materiał dowodzi istnienia Boga.
Atrybuty godne "świętego drzewa" wykazuje
również woda kokosowa. Woda ta
posiada bowiem aż kilka bezcennych cech.
Przykładowo jest sterylna, zawiera
wszelkie składniki niezbędne do życia, oraz
jest ogromnie smaczna. Stąd w drastycznych
przypadkach używana jest przez lekarzy jako
zastępcza "kroplówka" dozowana z orzecha
kokosowego bezpośrednio do żył osób które
potrzebują pomocy lub kroplówkowego dożywienia.
Woda ta jest także bardzo smaczna do
bezpośredniego picia (ja uwielbiam jej smak).
W Malezji nazywają ją "lions' drink" (znaczy
"napój lwów") ponieważ wzmacnia ona i odżywia
ciało oraz powoduje iż jej konsument czuje się
jak "młody lew". Osobiście zalecam każdemu
kto przebywa w krajach tropikalnych: jeśli
boisz się picia w tropiku czegokolwiek miejscowego
aby nie dostać zatrucia, zamiast pić tam butelkowaną
coca-colę która może powodować pogarszenie
się Twojego zdrowia, raczej pij sterylną, przesmaczną,
oraz wyjątkowo zdrową "kokosową wodę" która
pochodzi z owoców praktycznie świętego kokosa.
Bacz jedynie aby kokos ten był otwarty w Twojej
obecności, oraz aby pozwolono Ci go pić przez
słomkę wprost z orzecha - co Ci zagwarantuje
że jego woda ciągle jest sterylna i świeża.
Po raz pierwszy w życiu skorupkę z orzecha
kokosowego widziałem w niewielkim chociaż
intrygująco dobrze zaopatrzonym muzeum
jakie kiedyś znajdowało się w szklanych
gablotach na korytarzach Szkoły Podstawowej
nr 1 w Miliczu. (Muzeum to opisałem w punkcie
#9 strony internetowej o Miliczu.)
W czasach bowiem gdy ja chodziłem do szkoły podstawowej, kokosa w Polsce to nikt
nawet na lekarstwo nie uświadczył. Opowiadania więc oraz dowody, że gdzieś
w dalekim świecie istnieje orzech wyglądający niemal jak laskowy, jednak mający
wielkość głowy ludzkiej, potrafiły naprawdę pobudzić dziecięcą wyobraźnię.
Skorupka ta zainspirowała u mnie marzenia o czasach kiedy będę podróżował
po dalekich tropikalnych wyspach, gdzie takie kokosy rosną, objadając się
nimi do woli. (Wyobrażałem sobie wówczas, że orzechy kokosowe są jedynie
większą wersją dobrze mi znanych orzechów laskowych, oraz że utrzymują
one doskonały smak rodzimej leszczyny.) Jak wszystkie silne marzenia z
Wszewilek,
marzenie to potem się wypełniło. (Wszakże
Wszewilki
to miejsce w którym marzenia się wypałniają.) Faktycznie też obecnie
relatywnie często podróżuję po tropikalnych wyspach gdzie rosną kokosy.
Często też zapijam się wodą z młodych orzechów kokosowych, którą zresztą
bardzo lubię. Jednak nie jem miąszu kokosowego, bo jakoś mi nie smakuje.
(Wolę raczej objadać się naszymi orzeszkami laskowymi, lub owocem
malezyjskiego "duriana" pokazanego na zdjęciach "Fot. #G1a" i "Fot. #G1b" - który
to "durian" jest oficjalnie uważany za najsmaczniejszy owoc świata.)
* * *
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, orzechy kokosowe należą do owoców lekko
"chłodzących". W dawnych czasach Chińczycy zalecali
umiarkowanie w ich jedzeniu. Zalecali także, aby ich
zjedzenie neutralizować zjedzeniem czegoś lekko
"rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest
kobietą o zdecydowanej dominacji energii "yin". Jednak
w dzisiejszych czasach zalecenie to wcale nie musi być
już tak pedantycznie przestrzegane, wszakze i tak obecnie
zjadamy zbyt duzo "rozpalajacych" potraw - jak to
już wyjaśniłem w punkcie #B2 tej strony.
* * *
Tak nawiasem mówiąc,
to w ostatnich czasach pojawiła się jakaś tajemnicza choroba
która w tropiku uśmierca drzewa palmowe w podobny sposób
jak w Europie coś uśmierca drzewa wiązowe (po angielsku
zwane "elm trees"). Z jej powodu palmy znikają ostatnio
w zastraszającym tempie. Opis owej tajemniczej choroby
zawarty jest m.in. w artykule "What's killing the palm
trees?" autorstwa Randolph'a E. Mccoy, opublikowanym w
czasopiśmie
National Geographic,
wydanie z July 1988.
#D2.
Orzeszki palmy olejowej:
Począwszy od około lat
1970-tych, w Malezji palmy olejowe stopniowo eliminują palmy
kokosowe pokazane na zdjęciu 1. Wartość bowiem odżywcza
maleńkich orzeszkow palmy olejowej, pokazanych na zdjeciu 2
(b), jest jeszcze korzystniejsza niż wartość odżywcza orzechów
kokosowych. Praktycznie też obecnie niemal cała produkcja
oleju palmowego oraz margaryny palmowej na świecie następuje
już z owej palmy olejowej, a nie (jak kiedyś) z orzechów
kokosowych.
Pojedynczy orzeszek
palmowy ma wielkośc naszej niebieskiej śliwki. Jego zewnętrzna
warstwa to bezuzyteczna masa nieco podobna do tej z miąszu naszych
"rajskich jabłek". W środku, pod tą warstwą, mieści się "shell"
tego orzecha. Owa "shell" ma wielkość naszego orzecha laskowego.
Jej łupina jest jednak aż tak twarda, że ja miałem trudności
z jej rozbiciem młotkiem. (Nie ma szansy że ktoś mógłby ją
rozłupać własnymi zębami, tak jak w Polsce czynimy to z
orzeszkami laskowymi.) Wewnątrz owej łupiny mieści się
"kernel" orzecha. Kernel ten ma wielkość i przybliżony smak
naszych orzechów laskowych. To właśnie z niego wyrabia się
wszystkie te wspaniałości jakie produkowane są z palm olejowych.
Obecnie obejmuje to już aż kilkaset najróżniejszych produktów
dla spożycia, kosmetyki, farmaceutyki, chemii, itp. Oczywiście,
najważniejszym z owych produktów jest "olej palmowy", który
my potem spożywamy w formie zdrowej, wysoce odżywczej,
oraz smakowitej "margaryny palmowej". Jeśli więc czytelnik
jada czasami margarynę palmową, jest niemal pewnym, że pochodzi
ona właśnie z kiści tropikalnych orzeszków palmowych pokazanych
na zdjęciu z "Fot. #D2b".
Nadprzyrodzoność wielu gatunków palm objawia
się m.in. w ich zesynchronizowanej śmierci.
Sporo gatunków palm, w tym palmy
olejowej, umiera po wydaniu owoców.
Co ciekawsze, niektóre z tych palm, np.
słynna "talipot palm" z Indii, synchronizują
ze sobą na obszarze całego świata daty
owego owocowania i umierania. Także
opisywana tutaj "palma olejowa" synchronizuje
swoje umieranie. Mianowicie, wszystkie
palmy wyrosłe z nasion urodzonych tego
samego roku umierają równocześnie.
W rezultacie np. w Malezji można czasami
zobaczyć obszary plantacji owej palmy
olejowej na których wszystkie palmy będąc
posadzone w tym samym czasie, również
owocują i umierają w tym samym czasie.
Owa synchronizacja umierania stwarza
"nadprzyrodzony składnik" w życiu tych
palm. Składnik ten opisuję dodatkowo w
punkcie #F3 ze strony
god_proof_pl.htm - o dowodach naukowych na faktyczne istnienie Boga.
Warto tu dodac, że istnieją także inne tropikalne
rośliny, które także synchronizują ze sobą umieranie.
Ich przykładem może być jedna z odmian bambusa.
Fot. #D2a: Ja (tj. dr Jan Pająk)
sfotografowany na skraju plantacji palm olejowych.
Począwszy od około lat 1970-tych, w Malezji można
jechać całymi kilometrami przez lasy złożone
wyłącznie z owej palmy olejowej. Faktycznie lasy
takich plantacji palmy olejowej są w Malezji równie
powszechne i równie rozległe, jak lasy sosnowe są
w Polsce.
Fot. #D2b: Odcięty z drzewa palmowego
i opadły na ziemię cały kiść dojrzałych owoców palmy olejowej.
Jak widać to z powyższego zdjęcia, wygląda on nieco podobnie
jak nasz kiść winogronowy. Kiść taki waży kilkanaście kilo
oraz zwykle jest długi na ponad pół metra. Składają się na
niego dosłownie setki małych orzeszków palmowych. Każdy
pojedyńczy taki orzeszek palmowy z owego kiścia jest
wielkosci i koloru naszej niebieskiej śliwki (takiej jeszcze
niezupełnie dojrzałej i częściowo czerwonej).
#D3.
Banany:
Niemal każdy z nas zna banany. W krajach
tropikalnych są one jednym z najbardziej
podstawowych owoców. Istnieją tam też i
zjadane są najróżniejsze odmiany bananów,
nie zaś tylko jedna odmiana "ekwadorska"
którą kupić można w sklepach Europy i Polski.
Każda z owych odmian bananów smakuje
inaczej. Każdą z nich też je się w odmienny
sposób i w innych okolicznościach. Najszerzej
znany sposób jedzenia bananow jest tym
jaki często pokazują na starych filmach.
Polega on na jedzeniu bananów na surowo -
jedynie po obraniu ich ze skórki. (Odnotuj,
że na owych starych filmach skórka z
banana porzucana jest na chodniku, tak
aby filmowy "czarny charakter" mógł się
potem na niej poślizgnąć.) W krajach
tropikalnych z rejonu Pacyfiku w taki sposób
"na surowo" zjada się tylko dwie odmiany
bananów. Odmiany te to: (1) średniej
wielkości (tzw. "zielone") banany ekwadorskie,
jakie typowo kupić sobie można w sklepach
Europy i Polski, a także (2) miniaturowe
(tzw. "żółte") banany miejscowe z wysp
Pacyfiku. "Zielone" banany ekwadorskie
mają miąsz biały i są raczej pozbawione
smaku. Z kolei owe "żółte" miniaturowe banany
wysp Pacyfiku mają miąsz zółto-pomarańczowy,
są bardzo słodkie, oraz posiadają silny,
chociaż przyjemny smak bananowy (tj.
ich smak jest kilka razy silniejszy niż smak
bananów ekwadorskich). Pozostałe odmiany
bananów, a jest ich aż cały szereg, zjada
się głównie po upieczeniu lub po ugotowaniu.
Niezależnie od jedzenia
bananów na surowo, te ogromnie popularne owoce jedzone są w wielu
innych postaciach. Ja osobiście najbardziej lubię dwie z nich,
mianowicie "banana milk shake" (tj. koktail bananowy), oraz
"banana fritters" (tj. fryty bananowe). "Banana milk shake"
to ogromnie smaczny koktail bananowy, otrzymywany po rozdrobnieniu
w mikserze kuchennym jednego owocu bananowego razem z około pół
litra mleka dosłodzonego do smaku (tj. z dodanymi ok. 2 łyżkami
stołowymi cukru). Z kolei "fryty bananowe" to rodzaj deseru
bardzo popularnego w ekskluzywnych tropikalnych restauracjach.
Wykonywany jest on poprzez zanurzenie obranego ze skórki owocu
bananowego w rzadkim cieście identycznym do tego które w Polsce
używane jest do pieczenia naleśników, oraz następnym wrzuceniem
tego oblepionego ciastem banana do gotującego się oleju. Z oleju
wyjmuje się go natychmiast po tym gdy wierzchnia warstwa ciasta
nabierze złocistego koloru - takiego jak mają nasze dobrze upieczone
"frytki" ziemniaczane. Fryty bananowe je się na gorąco wraz z
lodami waniliowymi (jedna porcja lodów na każdą frytę). Przed
jedzeniem fryty te polewa się dodatkowo płynnym syropem karmelowym.
Smakują wspaniale - radzę spróbować.
Mieszkańcy tropikalnych
krajów stwierdzają jednak, że bananów nie powinno się jeść jeśli
ma się kaszel lub katar. Intensyfikują one bowiem wytwarzanie
"śluzu" w gardle, oraz nasilają kaszel lub kichanie. W bardzo podobny
zresztą sposób działają "pomarańcze", których również
nie powinno się jeść w przypadku posiadania kaszlu lub kataru.
Irytują one bowiem płuca, oskrzela i nos, a stąd pobudzają
kaszel i kichanie.
Wszystkie odmiany bananów mają cechę regulowania
i rozwalniania produktów układu trawiennego. Działają
więc podobnie do owowców "kiwi", a zupełnie odwrotnie
do owoców "persimon" opisanych w punkcie #I1 poniżej
(wszakże "persimony" powodują zestalanie się kupy).
Banany są przy tym łagodniejsze i bezpieczniejsze od
nowoczesnych medykamentów. Na dodatek są one
"naturalnym" środkiem rozmiękczającym kupę.
Odwrotnie więc niż nowoczesne medykamenty,
nie powodują one żadnych niepożądanych skutków
ubocznych. Stąd do dzisiaj często używane są one
przez niektóre matki, jeśli ich dziecko dostaje zatwardzenia.
W przeszłości, jeśli ktoś dostawał zatwardzenia, wówczas
zwykle objadał się bananami. (Ja osobiście wolę w
tym celu używać owoców zwanych "kiwi" a opisanych
poniżej w punkcie #E2, które mają większą moc niż
banany, a stąd które u dorosłych stabilizują kupę
znacznie szybciej i efektywniej.)
W tropikalnej Malezji
dostępnych jest zresztą wiele więcej owoców, które podobnie do bananów
posiadają zdolność rozmiękczania kupy i przeczyszczania ludzkiego
ustroju. Kolejnymi przykładami takich owoców (po bananach) jest
"mango" opisane w punkcie #H1 poniżej, a także dostępny w niemal
każdym kraju i relatywnie tani owoc "kiwi". Najbardziej jednak efektywnymi
z owych przeczyszczających owocow są: (1) dziki owoc z malezyjskiej
dżungli, w Malezji zwany "jering", oraz (2) jeszcze jeden dziki owoc z
malezyjskiej dżungli, zwany "petai" - opisywany w punkcie #F5 tej
strony. Oba one mają tą cechę, że jeśli zje się któryś
z nich na surowo, wówczas dodatkowo przeczyszcza on również
pęcherz moczowy. Jeśli jednak zje się je oba naraz, wówczas
ich połączone działanie jest tak potężne, że całkowicie blokują
one oddawanie moczu. Dlatego folklor ludowy Malezji zabrania
jedzenie ich obu naraz.
Mleczkowaty sok z drzewa bananowego jest silną
trucizną o działaniu podobnym do słynnej "kurary" -
patrz jego opisy pod "Fot. #D3". W przeciwieństwie
jednak do morderczej trucizny z nowozelandzkiego
drzewka "tutu", opisanej w punkcie #K1 strony
newzealand_pl.htm - o tajemnicach i ciekawostkach Nowej Zelandii,
która zabija natychmiast bez względu na to jak
się nią kogoś potraktuje, mleczkowaty sok drzew
bananowych zabija tylko jeśli dostaje się do
krwioobiegu. Natomiast po zjedzeniu jest on
zupełnie nieszkodliwy. Zupełnie nieszkodliwe
są też owoce bananów.
Pod względem energii
"yang" i "yin", banany zależnie od swej odmiany przynależą
aż do kilku kategorii. Przykładowo, żółte banany Pacyfiku
reprezentują rzadki rodzaj owocu "neutralnego", tj. takiego
który nie jest ani "yang" ani też "yin". Można go więc jeść
bez przeszkód w dowolnych ilościach i nie trzeba martwić się
jak potem zbalansować jego energię. W obszarze Pacyfiku nazywają
je żółtymi bananami, ponieważ ich miąsz jest żółtego koloru.
Z kolei zielone banany (ekwadorskie) są kategorii "yin" czyli
"chłodzącej". W obszarze Pacyfiku ludzie nazywają je "zielonymi
bananami", ponieważ przed dojrzeniem ich wierzchnia skórka jest
zielonego koloru (po dojrzeniu, skórka ta staje się niemal tak
samo żółta jak skórka miniaturowych (żółtych) bananów Pacyfiku).
Fot. #D3: Drzewo bananowe. Powyższe zdjęcie
nie tylko pokazuje jak wygląda pień i ogromne gładkie
liście owego drzewa, ale pokazuje również jak wygląda
kwiat bananowy (patrz ów fioletowy jakby stożek), a
także jak wyglądają pierścienie maleńkich bananów które
stopniowo wyrastają tuż za owym kwiatem w miarę jak
ten stozkowaty kwiat się wydłuża, pierścieniowo kwitnie,
oraz jest zapylany. (Odnotuj, że każde drzewo bananowe
kwitnie tylko jeden raz w życiu. Pokazany tutaj kwiat
bananowy NIE jest więc łatwy do zobaczenia w tropiku,
bowiem na każdym drzewie bananowym pojawi się tylko
jeden raz w okresie całego życia owego drzewa - zwykle
gdy drzewo to ciągle jest relatywnie młode.)
Wiele składowych drzewa bananowego używanych
jest przez ludzi żyjących w tropiku. Oczywiście
najszerzej używane są tam smakowite, słodkie, oraz
wysoce pożywne banany, czyli owoce tego drzewa. Czasami ludzie
ścinają także kwiat tego drzewa i jedzą ten kwiat jak rodzaj
chrupkiego warzywa (po przyprawieniu robią z niego rodzaj sałatek).
Ogromne i gładkie liście bananowe używane są w tropiku zamiast talerzy.
Do dzisiaj w Malezji można zjeść w niektórych restauracjach, czasami
nawet wysoce ekskluzywnych, różne dania podawane na owych liściach
bananowych. Trzeba wówczas jednak pamiętać, ze dania te je się palcami.
Jak ja bowiem kiedyś przykro się przekonałem, jeśli ktoś użyje dla
tych dań noża lub widelca, ostrza tych stojadeł przebiją cienki
liść bananowy. W rezultacie egzotyczne sosy jakimi nasycone są te
dania spływają na spodnie owego niedoświadczonego, psując potem
cały wieczór (a czasami i całe ubranie).
W dawnych czasach wykorzystywano
także soki jakie krążą w pniu bananowym. Soki te są bowiem
piorunująco trujące. W krajach więc gdzie rosną banany używane są
one w takiej samej funkcji, jak słynna "kurara" z Amazonii.
Znaczy nasączane są nimi zatrute strzały, które po wystrzeleniu w
zwierzęta lub we wrogów natychmiast je zabijają. Aby było ciekawiej,
owe soki bananowe są trujące tylko jeśli dostają się do obiegu
krwionośnego. Jeśli zaś się je zje, soki żołądkowe je rozpuszczają
i nie czynią one żadnej szkody zjadającemu. Dlatego kiedyś były one
używane do zatruwania strzał używanych w polowaniu. Zabijały one
zwierzęta, które następnie mogły być bezpiecznie zjadane. Na temat
piorunującego efektu trującego bananowego soku, moi znajomi z
"Universiti Malaya" (School of Medicine) w Kuala Lumpur wykonali
kiedyś badania medyczne. Wyniki tych badań zostały opublikowane
w następującym artykule naukowym:
S.K. Lee, L.L. Ng, S.I. Lee: "Experiments with Banana Trunk Juice
as a neuromuscular blocker", The Australian Journal of Experimental
Biology and Medical Science, Vol. 58, 1980, pp. 591-594.
Wspominając tutaj o kurarze z Amazonii, powinienem
także wyjaśnić, że w Malezji rośnie drzewo, którego
soki po wygotowaniu produkują truciznę pokrewną owej
słynnej kurarze. Owa Malezyjska wersja kurary jest równie śmiertelna
jak oryginalna kurara pochodząca z dżungli tropikalnej Amazonii.
Produkowana jest ona z soków drzewa, które rośnie w dżunglach Malezji
i nazywa się "drzewo Ipoh" (odnotuj że nazwa "Ipoh" jest również nazwą
sporego miasta w Malezji - miasto to nazwano zostało właśnie po owym
drzewie, którego przy mieście Ipoh rosły kiedys duże ilości). Podobnie
jak to czynili krajowcy z Amazonii z oryginalną kurarą, również lokalni
myśliwi z dżungli Malezyjskiej nasycali kurarą z "drzewa Ipoh" maleńkie
strzały wystrzeliwane z dmuchawek. Jeśli zaś taka zatruta strzała
choćby drasnęła polowane zwierzę, zwierzę to natychmiast padało
jakby uderzone zostało piorunem. Jednak mięso takiego zwierzęcia
zabitego kurarą jest jadalne i NIE wyrządza jedzącym żadnej szkody.
Zdjęcia tropikalnego drzewa Ipoh, a także dalsze informacje o truciźnie
"kurara", zaprezentowane zostały w punkcie #F1 strony internetowej
healing_pl.htm - o remedach, uzdrawianiu, oraz niezwykłych cechach roślin.
Z kolei zdjęcie użycia "dmuchawek" z których wystrzeliwane są zatrute
strzały z kurarą pokazane jest na kilku stronach internetowych, np. na
stronach
pajak.6te.net, czy
pajak.20m.com.
W krajach tropikalnych drzewa
bananowe używane są także dla całego szeregu okultystycznych celów oraz
do magii. Zgodnie bowiem z wierzeniami, mają one ogromnie silnego ducha,
który porównywany jest do ducha ludzkiego. Zgodnie też z owymi wierzeniami,
duch drzew bananowych może podobno straszyć równie efektywnie jak duch
ludzki. Dlatego w tropiku zwykle wycina się te drzewa natychmiast po tym
jak zakończą one owocować - a owocują one tylko jeden raz w życiu. Chodzi
bowiem o to aby ich duchy nie czyniły ludziom problemów. Z popularnych
zastosowań okultystycznych, takie przeowocowane drzewa bananowe, obok
drzew zwanych "peepal tree", zwykle używane są w starożytnych (magicznych)
ceremoniach hinduistycznych zwanych "mock weddings". (Owe "mock
weddings" to rytualne śluby w których jednemu ze współmałżonków horoskopy
naznaczyły śmierć wkrótce po ślubie. Dlatego podczas takiego rytualnego
małżeństwa, owa śmierć jest magicznie przenoszona na drzewo. W rezultacie
drzewo umiera zamiast współmałżonka, podczas gdy współmałżonek jest
w stanie żyć aż do wieku starczego.) Opis owych "mock weddings" zawarłem
w podrozdziale I4.4 z tomu 5 monografii
[1/4].
Z kolei przykład prasowego potraktowania znanej indyjskiej aktorki filmowej
i byłej Miss Świata, niejakiej Aishwarya Rai, która właśnie "wyszła za drzewo",
opisany został w artykule "With this ring, I tree wed" (tj. "Z pomocą tego
pierścienia zawieram małżeństwo z drzewem"), ze strony B3 nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie datowane w piątek (Friday), February 2, 2007. Jednym z zagadnień jakie
w owym artykule poruszono chociaż nie wyjaśniono tam dlaczego, było oskarżenie
wysunięte przez jakieś stowarzyszenie ochrony przyrody, że drzewo owo poddano
niezasłużonemu prześladowaniu.
#D4.
Owoce "salak" jako "zachcianki" ciężarnych kobiet, oraz ich niemal nadprzyrodzony związek z bibilijnym wężem kuszącym Ewę w Raju:
Istnieje jeden owoc, którego nadprzyrodzone
cechy wprost rzucają się w oczy. Jego
nadprzyrodzoność manifestuje się
poprzez wysoce symboliczne zachowania
ciężarnych kobiet. Mianowicie, istnieje
niezwykły związek tropikalnego owocu
zwanego "salak", z bibilijnym opowiadaniem
o kuszeniu Ewy przez węża. Opiszmy
jednak tu wszystko po kolei.
Jak jest to powszechnie wiadomym,
podczas stanu ciężarnego kobiety czasami
miewają słynne tzw. "zachcianki"
(po angielsku "cravings"). Interesującym dla owych
"zachcianek" zdaje się być, że takim ciężarnym
kobietom zawsze się "zachciewa" coś do zjedzenia,
co jest niby pospolite czy banalne, jednak w danym
momencie czy sytuacji było ogromnie trudne do
zdobycia, oraz co w danej sytuacji wprowadza jakieś
inspirujące jakości. Przykładowo, typową zachcianką
polskich kobiet zwykł być niepokonalny smak w środku
zimy na zjedzenie świeżych poziomek w śmietanie.
(To doprowadziło do rozwoju "zimowych" odmian
poziomek i technik ich cieplarnianego produkowania.)
Z kolei typowym "crawing" kobiet z Nowej Zelandii,
zwykło być zjedzenie śledzia. ("Śledzie", na przekór
swojej rzekomej pospolitości, są rybą która
żyje w morzach północnych. Stąd kiedyś była ona
ogromnie trudna do zdobycia w Nowej Zelandii
położonej na południowym krańcu świata. Owe
"zachcianki" kobiet z Antypodów inspirowały więc
żywsze kontakty kolonistów z ich byłą ojczyzną.)
Niezwykłym, jeśli nie wręcz nadprzyrodzonym
zjawiskiem jest, że typową "zachcianką" ciężarnych
kobiet z tropikalnych krajów okolic Malezji są
niezwykłe owoce lokalnie nazywane "salak".
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wyglądają owe owoce "salak".)
Oprócz bycia trudnymi do zdobycia, owoce te
posiadają niemal nadprzyrodzoną symboliczną
wymowę. Mianowicie, w taki sam sposób jak każda
komunia w kościele katolickim przypomina Ostatnią
Wieczerzę Jezusa, również każda "zachcianka"
zjedzenia owych owoców "salak" ogromnie wymownie
ilustruje sobą i przypominają ludziom historyjkę z
Biblii
na temat kuszenia Ewy przez węża. Z tego powodu
ja osobiście gorąco radzę każdemu przebywającemu
w tropiku aby sobie zakupił kilka owoców "salak" i
osobiście się przekonał co czasami Bóg czyni
aby nam podsunąć dyskretne potwierdzienie że
Biblia zawiera prawdę i faktycznie jest autoryzowana przez samego Boga.
Wrażenia bowiem jakie się przeżywa w chwili
spróbowania owoców "salak" oraz w wyniku
uświadomienia sobie ich symbolicznej i
nadprzyrodzonej wymowy, są NIE do zapomnienia.
Najbardziej niezwykłą cechą owoców "salak" jest,
że wszystko na ich temat służy przypomnieniu
nam owej bibilijnej historii Ewy i węża. Przykładowo,
z wyglądu owoce te dokładnie przypominają
głowę węża. Ich skórka ma konsystencje skóry
węża i w dotyku czuje się dokładnie jak skóra
węża. Podczas obierania owocu ze skóry, ich
skórka oddziera się od miąszu tak jak skórka
węża. Po obdarciu skórka ta oglądana z osobna
wygląda dokładnie jak skóra węża. Sam miąsz
owocu "salak" podzielony jest na dwie połówki
które po obraniu przypominają górną część
oraz dolną szczękę głowy węża. Kolor miąszu
tego owocu jest różowawy - dokładnie taki jak
surowe mięso węża. W każdej połówce owocu
salak zawarta jest duża zielonawa pestka czyniąc
miąsz owego owocu niemal równie niewarty
jedzenia jak mięso węża. Zapach miąszu tego
owocu przypomina sobą zapach nieco nadpsutego,
niemytego ciała - podobny jest więc do zapachu
mięsa węża. Na dodatek owoce "salak" wcale NIE
mają ani interesującego smaku ani niczego co logicznie
by je kwalifikowało jako "zachcianki". Faktycznie
są one słodko-kwaśne, mi swoim smakiem nieco
przypominając europejskie pożeczki. Ponadto,
po zjedzeniu pozostawiają one w ustach dosyć
nieprzyjemny posmak jakby kory. Owoce
te wcale też nie mają ani cennych wartości
odżywczych ani cech. Na dodatek ich wygląd
i cechy są naprawdę odpychające. Jak się
więc okazuje, jedyne co "salak" mają do
siebie stając się "zachciankami" ciężarnych
kobiet, to że wszystko w nich służy przypominieniu
bibilijnej historii węża kuszącego Ewę w Raju,
a także że są one bardzo trudne do zdobycia
i inspirujące - podobnie jak "zachcianki" kobiet
z wszystkich innych regionów świata.
Fot. #D4: Niezwykły owoc ze strefy Pacyfiku
zwany "salak". Jego nadprzyrodzoną cechą
jest, że został on jakby specjalnie zaprojektowany
aby ilustracyjnie przypominał ludziom bibilijną
historię o Ewie i wężu - po szczegóły patrz opisy
z powyższego punktu #D4.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby zobaczyć je w powiększeniu.)
Powyższe zdjęcie pokazuje cztery całe owoce
"salak" ustawione w górnej cześci talerza.
Należy odnotować, że wyglądają one jak
głowy węży. Pod nimi pokazano jak wyglądają
segmenty tego owocu po ich obraniu z "wężowej
skórki" (fragment samej ich skórki też pokazano).
Zdjęcie uwidacznia też wygląd niejadalnych pestek
owego owocu, oraz fragment segmentów owocu
w których ciągle tkwią owe pestki.
Część #E:
Opisy "neutralnych" owoców strefy Pacyfiku - czyli owoców najbardziej rekomendowanych do zjadania zgodnie z chińską filozofią ich jedzenia:
#E1.
Papaya:
Owoc w Malezji nazywany "papaya" (gdzie
indziej zwany też "paw-paw") jest jednym z
najczęściej jedzonych tam owoców. Jest on
też praktycznie najtańszym owocem. Zwykle
ma on kształt i wygląd zewnętrzny przejrzałego
europejskiego ogórka (tj. ogórka trzymanego
na polu aż do jesieni na nasiona). Typowo
jednak papaya jest znacznie większa od ogórka.
Najmniejsze owoce papaya są zwykle tak duże
jak największe europejskie ogórki.
Ciekawostką owoców papaya są owe czarne
nasiona znajdujące się w środku, jakie wyglądają
jak nasiona polskiej czeremchy. Normalnie nasion
tych się nie zjada, a starannie je się usuwa z owocu
tuż przed jedzeniem. (Nabawiają one bowiem
jedzącego dosyć nieprzyjemnych sensacji
żołądkowych.) Jeśli jednak tropikalna dziewczyna
przypadkowo zaszła kiedyś w niechcianą ciążę,
wówczas opychała się właśnie owymi czarnymi
nasionami z papaya. Nasiona te zawierają bowiem
w sobie jakieś składniki, które sprawiają że po ich
zjedzeniu ciężarne kobiety muszą poronić swoją
ciążę. W dawnych czasach owoce papaya zastępowały
więc dzisiejsze "skrobanki" i medyczne przerywanie
ciąży. Obecnie jednak coraz rzadziej używane są
owe "ludowe remedie", zaś kobiety w tropiku przerywają
ciążę w taki sam sposób jak kobiety Europejskie,
czyli poprzez udanie się do odpowiedniego szpitala.
Jeden z lekarzy Malezyjskich z jakim dyskutowałem
ową zdolność nasion papaya do przerywania ciąży,
twierdził że nasiona te zawierają związki chemiczne
z grupy po angielsku nazywanej "prostaglandins".
Związki te używane są w medycynie właśnie do
powodowania skurczów womb'a (uterus'a). Stąd
są one w stanie spowodować poronienie.
Powyższe warto uzupełnić informacją, że zdolność
do powodowania porzucania ciąży posiadają także
niedojrzałe i bardzo kwaśne ananasy. Dlatego kobiety
chcące przerwać niechcianą ciążę w przeszłości
czasami objadały się także zielonymi i kwaśnymi
ananasami.
Fot. #E1: Przecięty na połowę i ułożony na talerzu
tropikalny owoc w Malezji nazywany "papaya", w innych zaś regionach świata
zwany "paw-paw". (Odnotuj że słowo "paw" w języku angielskim zwykle oznacza
szponiastą "łapkę" - szczególnie taką jaką mają koty. Z powodu owej dwuznaczności
słowa "paw", istnieje nawet angielskojęzyczny dowcip dla dzieci na temat owocu
"paw-paw". Dowcip ten zapytuje: "what is a paw-paw" - tj. "czym jest paw-paw"?
Odpowiedź powinna być: "the end of a leg-leg in a cat-cat" - tj. "koniec nogi-nogi
u kota-kota".)
Papaya jest faktycznie najtańszym owocem
tropikalnych krajów, chociaż jednocześnie
jest bardzo smaczna. Jej taniość wynika z
faktu, że w przeciwieństwie do innych owoców,
faktycznie jest ona owocem z rodzaju jakby
gigantycznego warzywa a nie z drzewa. Je
się w niej ów czerwony miąsz pod jej twardą
skórą. Smak owoców papaya nieco przypomina
mi smak naszej słodkiej marchewki upieczonej
na otwartym ogniu.
* * *
Sok z owoców papaya używany jest także
w celach kosmetycznych. Wykazuje on
bowiem zdolności do wybielania skóry.
Stąd tropikalne piękności które pomimo
częstego wystawiania się na działanie
silnego słońca pragną posiadać białą
skórę, zmywają się właśnie sokiem z
papaya, lub używają mydła zawierającego
sok owocu papaya.
Po wzgędem zawartej w sobie energii, "papaya"
należy do owoców "neutralnych". Chińczycy twierdzą,
że można zjadać dowolne jej ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw.
#E2.
Pomelo:
Pomelo jest to ogromny owoc. Jego wielkość
przekracza wielkość głowy ludzkiej.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wygląda stragan z owocami "pomelo".)
Owoc ten należy do tej samej rodziny co
"grapefruit". Jest jednak od niego słodszy.
W środku wygląda on nieco podobnie do gigantycznej cytryny, w której
błony pomiędzy poszczególnymi segmentami są grube jak pasek i nie
dają się przegryźć. Przed jedzeniem trzeba owoc ten najpierw poobierać
ze skóry i błon międzysegmentowych. Pozostająca ziarnista struktura
jest jadalna, o słodko-gorzkim smaku. W środku zawiera ona gorzkie pestki
podobne do gigantycznych pestek cytryny - które nie nadają się do jedzenia.
Jak każdy inny owoc tropikalny, także smak "pomelo" drastycznie zależy od miejsca
w jakim on wyrósł. Najsmaczniejsze "pomelo" rosną w okolicach malezyjskiego
miasta Ipoh. (Tj. tego samego "Ipoh" które zostało tak nazwane po drzewie
"Ipoh" z jakiego produkowana jest odmiana trucizny "kurara" używana w regionie
Pacyfiku.) Jeśli więc ktoś będzie w Malezji, zalecam aby po raz pierwszy
w życiu spróbował właśnie "pomelo" z Ipoh. Tylko bowiem tamtejsze owoce
smakują naprawdę wyśmienicie. Dopiero kiedy wie już się jak naprawdę powinny
one smakować, można je też spróbować z innych okolic.
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "pomelo" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to beż żadnych
niekorzystnych następstw.
#E3.
Soursop:
"Soursop" wygląda jak gigantyczny, zielony,
niejadalny kasztan europejski.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wygląda pojedyńczy owoc "soursop".)
Owoc ten jest kwaśno-słodki. Ja osobiście
nieszczególnie go lubię, ponieważ dla mnie
jest zbyt kwaśny. Jednak mój brat, który lubi
kwaśne owoce, zawsze się nim zachwyca.
Na szczęście, jego słodkość kompensuje
poczucie kwaśności, tak że ja także jestem
w stanie go jeść, chociaż za nim nie przepadam.
Jada się go po pokrojeniu na grube listki,
wyjadając łyżeczką papkowatą, wodnistą
zawartość wypełniającą jego wnętrze.
Jadalna jest cała zawartość w środku,
za wyjątkiem zielonej skórki. Zawartość
ta ma konsystencję białego budyniu, tyle
że budyń nigdy nie jest kwaśno-słodki,
zaś ów owoc jest - i to mocno.
Po wzgędem zawartej w sobie energii, "soursop"
należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można objadać się nim do woli.
Fot. #E3: Stragan z tropikalnym owocem
zwanym "soursop". Owoc ten jest ulubionym owocem tropikalnym mojego
brata. Brat go wprost uwielbia. Ma on bardzo silny kwaśno-słodki
smak. Ja zaś nie bardzo za nim przepadam, chociaż nie mam nic
przeciwko jego jedzeniu.
* * *
Swoją drogą jest ogromnie
ciekawe dlaczego dwaj bracia, którzy powinni mieć taką samą
kompozycję genetyczną, oraz którzy oboje wychowani zostali
w tych samych warunkach środowiskowych i na tych samych
potrawach swojej matki, mają tak odmienne preferencje smakowe.
Wszakże zgodnie z wszelkimi teoriami dzisiejszej nauki oboje
z bratem powinniśmy albo lubieć, albo też oboje nie lubieć, ten
owoc.
#E4.
Ciku (chiku):
Owoc "ciku" (dawniejsza pisownia jego nazwy
brzmiała "chiku") jest wielkości wszystkim
zapewne znanego owocu "kiwi", albo średniej
wielkości gruszki. Jest on ogromnie słodki.
Jego słodkość jest aż tak silna, że ja osobiście
nie jestem w stanie go jeść - dla mnie jest on
bowiem zbyt słodki. Faktycznie podczas jedzenia
jego słodkość aż szczypie w ustach - w podobny
sposób jak szypie też w ustach nadmierna słodkość
niektórych odmian tureckich słodyczy. Jednak
miejscowi ludzie, którzy od dzieciństwa są nawykli
do tej nieopisanej słodkości, uwielbiają jego smak.
Ma on też dosyć silny smak jakby dzikiego owocu.
Do smaku tego trzeba więc przywyknąć aby zacząć
owoc ten lubieć.
Oglądana z zewnątrz skrzynka owoców ciku
leżąca na targowisku mi przypomina wygląd
skrzynki pełnej niemytych, zabłoconych ziemniaków
o dosyć regularnych wymiarach i kształcie.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wygląda skrzynka pełna owoców "ciku".)
Tyle że ich jakby "zabłocony" wygląd wynika z
naturalnej (maskującej) koloratury skórek tych
owoców.
Pod wzgędem zawartej w
sobie energii, "chiku" należy do rzakich owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw. Ta jego neutralność energetyczna,
w połączeniu z wyjątkowo silną słodkością powoduje, że miejscowi
ludzie którzy go lubią zwykle objadają się nim do woli.
Fot. #E4: Nieopisanie słodki owoc tropikalny obecnie nazywany
"ciku", zaś dawniej pisany "chiku".
W górze zdjęcia pokazano jeden cały owoc, zaś poniżej owoc przecięty
wzdłużnie na połowę z jedną połówką przeciętą poprzecznie. Owoc ten
jest nieco podłużny jak miniaturowa piłka do rugby. Jego wielkość jest
zbliżona do owocu "kiwi", owocu "passion fruit", lub do średniej wielkości
gruszki (tzw. "ulęgałki"). Zawarty w środku miąsz jest soczysty o brązowym
kolorze, wyglądając jak syrop lub miód. Klei się też od słodkości. Owoc
zawiera też czarne, podłużne, twarde, niejadalne pestki (jedna z nich widoczna
na zdjęciu) wyglądające jak czarne pestki z dyni.
#E5.
Guava:
Guava jest to rodzaj jakby okrągłej
tropikalnej gruszki. Jej powierzchnia jest jednak niemal zawsze nierówna i
pożłobkowana jak ta lewa na zdjęciu. Jeśli zaś już urodzi się gładka guava,
taka jak ta pokazana po prawej stronie zdjecia z "Fot. #E5", wówczas miejscowi
niechętnie ją kupują, bo gładka powierzchnia u niej oznacza mniej ciekawy
smak. Guava ma nie tylko wielkość dużej, okrągłej gruszki, ale również i
dosyć silny smak jakby niedojrzałej choc aromatycznej gruszki. Przy jedzeniu
jest twarda i wysoce aromatyczna. Sama jednak nie bardzo nadaje się do zjedzenia.
Dlatego jada się ją zawsze po obraniu ze skóry i pocięciu na plasterki oraz
po posypaniu każdego plasterka dosyć grubą warstwą utartej
kwaśno-słodkiej wysuszonej śliwki Chińskiej. Owa utarta śliwka nadaje
owocom guava bardzo interesującego smaku. Podobnie jak smak
większości owoców tropikalnych, smak guava jest trudny do opisania.
W regionie Pacyfiku ludzie jedzą dosyć sporo guava z powodu jej
aromatyczności, niskiej ceny, a także ponieważ jest ona owocem
energetycznie "neutralnym".
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "guava" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to bez żadnych
niekorzystnych następstw.
Fot. #E5: Interesujący owoc nazywany "guava".
Pokazane zostały dwa owoce leżące w tylniej części talerza.
Sam ten owoc nie jest przyjemny w jedzeniu. Jednak nabiera
on ciekawego smaku jeśli posypie się go utartą śliwką.
W dolnej części talerza widoczne są cztery ocukrzone
suszone śliwki z Chin. Po utarciu tych sliwek na tarce, zwykle
posypuje się nimi zjadane kawałki obranego owocu guava.
Same te śliwki zresztą też są doskonałe w smaku i
Chińczycy czasami częstują nimi gości. Mają one
kwaśno-słodki, wysoko aromatyczny smak. Po
ususzeniu ich powierzchnia staje się ocukrzona.
Cukier ten jednak jest skrystalizowanym cukrem
zawartym w samych śliwkach, a nie przypadkiem
cukrem dodawanym do nich podczas suszenia.
#E6.
Dragon fruit:
Mi osobiście "dragon fruit" wyglądem
przypomina jedną z odmian polskiego buraka pastewnego, w jakiej liście
wyrastają z jakby rodzaju główki. Jest on też wielkości przeciętnego
takiego buraka, chociaż ma kształt bardziej zaokrąglony niż stożkowaty.
Po obraniu z niejadalnej skóry jest on biały z jakby czarną makowatą
zawiesiną w środku swego miąszu. Posiada bardzo nikły smak, stąd trzeba
się do niego przyzwyczaić aby zacząć doszukiwać się smaczności w jego
zjadaniu. Przy pierwszym jedzeniu zwykle wydaje się że wogóle nie ma
on żadnego smaku.
"Dragon fruit" jest również
sadzony w tropikalnej Ameryce, szczególnie zaś w Meksyku. Jest on tam
znany pod odmienną nazwą "Indian fig" (tj. "figa indyjska").
Po wzgędem zawartej w sobie
energii, "dragon fruit" należy do owoców "neutralnych". Chińczycy
twierdzą, że można zjadać dowolne jego ilości i to beż żadnych
niekorzystnych następstw.
Fot. #E6a: Ulubiony owoc Wietnamczyków zwany "dragon fruit".
Fot. #E6b: Oto wygląd owocu "dragon fruit" po obraniu
ze skóry i przygotowaniu do jedzenia. Z wyglądu w środku przypomina
mi on watę obsypaną ziarenkami maku. Faktycznie też w jedzeniu
smakuje nieco jak "mokra, miękka wata" pozbawiona jakiegokolwiek
smaku.
Część #F:
Opisy "chłodzących" owoców strefy Pacyfiku - czyli owoców neutralizujących następstwa dzisiejszych smażonych potraw:
#F1.
Mangosteen:
Tropikalne owoce "mangosteen" mają bardzo
ciekawy smak i interesujące własności.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wyglądają owoce "mangosteen".)
Są one jednymi z tych tropikalnych owoców
których spróbowania każdemu bym gorąco
rekomendował.
Owoce mangosteen z zewnątrz wyglądają jak
dzikie jagody z polskich lasów powiększone do
wielkości typowego europejskiego jabłka.
Jednak widoczna na zdjęciu ich fioletowo-brązowa
skorupka zewnętrzna jest gruba na jakieś 5 mm
(czyli jak gruba skórka pomarańczowa). Po obraniu
z tej grubej skorupki pozostaje z nich białe jądro
wielkości gołębiego jajka. Jądro to jest jadalne.
Składa się ono z małych segmencików, podobnie
jak owoc mandarynki. Każdy sagmencik zawiera
w środku zielone, miękkie, niejadalne ziarenko
wielkości grochu, które po rozgryzieniu daje
dosyć nieprzyjemny smak niedojrzałej fasoli.
Owoc ten trzeba więc jeść ostrożnie, aby nie
rozgryźć owych zielonych ziarenek. Mangosteen
ma cierpko-słodki smak, nieco podobny do
smaku mandarynek, chociaż znacznie przyjemniejszy
i bardziej orzeźwiający. Smakuje wyśmienicie.
Jeśli ktoś wybiera się do tropikalnych krajów,
gorąco polecam spróbowanie również i tego
owocu. Pamiętać jadnak należy aby kupić go
dużo, bowiem z jednego kilograma tych owoców,
po obraniu ich z grubej skóry zostaje nam
do jedzenia zaledwie garść ich jadalnych jąderek.
Podczas obierania i jedzenia mangosteen trzeba
pamiętać o jednej ich nieprzyjemnej cesze.
Mianowicie ich sok. Na przekór że jest on biały,
po spryskaniu na odzież posiada on zdolności
trwałego brązowego barwnika. Niczym go też
potem nie daje się już zmyć ani wywabić. Dlatego
owoc ten trzeba obierać i jeść bardzo ostrożnie,
aby nie poplamić sobie ubrania jego sokiem.
Plamy te zostaną bowiem już na zawsze.
W folklorze tropikalnych krajów wysuszona i
sproszkowana skóra owoców "mangosteen"
jest uważana za lekarstwo dobre na praktycznie
każdą chorobę. Skórka ta ma więc cechy podobne
do owej słynnej przed 2-gą wojną światową polskiej
medycyny na wszystkie choroby, zwanej "kuramina".
Ja osobiście nigdy nie sprawdzałem na sobie
leczniczych własności skórki z mangosteen, z prostej
przyczyny że NIE miałem dostępu do wysuszonej
i sproszkowanej jej wersji, ani podczas wakacji nigdy
NIE miałem warunków aby skórkę tą samemu
sobie wysuszyć i sproszkować. Słyszałem jednak
opisy jak w ogromnie prosty sposób skórkę tą
przygotować do medycznych zastosowań.
Mianowicie, przed zjedzeniem właśnie zakupionych
owoców "mangosteen" należy poobcinać nożem
ich grube, zielone ogonki i grube przyogonkowe
liście, tak że pozostają nam wyłącznie całe owoce
w owej niebieskiej skórce. Następnie owe całe
owoce należy dokładnie wymyć (aż kilka razy) -
typowo bowiem ich skóra jest relatywnie brudna
na zewnątrz. Po wymyciu
należy obierać owoce ze skórki, zjadając ich białą,
jadalną część, zaś pozostałą po tym pustą skórkę
rozdrabniając na możliwie małe fragmenty aby
ułatwić ich wysuszenie. Fragmenty te następnie
należy wysuszyć. Po wysuszeniu trzeba je albo
zmielić na proszek, albo też rozbić na proszek
w moździeżu. Proszek ten daje się potem
przechowywać przez długie okresy czasu
w celu użycia jako lekarstwo w razie potrzeby.
Po załapaniu jakiejś choroby niektórzy zjadają
łyżkę owego proszku dziennie w stanie suchym.
Na sucho jest on jednak gorzki w smaku i nieprzyjemny
do przełknięcia. Dlatego aby poprawić ten smak
wielu ludzi miesza go z dowolnym rodzajem soku
jaki właśnie mają pod ręką i wypija z owym sokiem.
W soku jest on bowiem znośniejszy do przełknięcia.
Fot. #F1: Dwa owoce "mangosteen" pokazane w zbliżeniu.
Owoce te w sensie zawartości energetycznej reprezentują
przeciwieństwo "duriana" (tj. durian zawiera męską energię "yang",
podczas gdy mangosteen zawierają żeńską energię "yin". Dlatego
jeśli ktoś po zjedzeniu duriana ciągle chce spać w nocy, musi
zneutralizowac męską energię duriana poprzez zjedzenie
podobnej ilości owoców mangosteen. Mangosteen są także
rekomendowane do jedzenia w celu zbanasowania codziennego
poboru męskiej energii "yang" która zawarta jest w dużych
ilościach w większości potraw i napojów, jakie w dzisiejszych
czasach są typowo zjadane przez nas na codzień.
Odnotuj że
owoce "mangosteen" pokazane są również na zdjęciu "Fot. #I1".
* * *
Po wzgędem zawartej
w sobie energii, "mangosteen" należą do owoców silnie "chłodzących"
("yin"). W dawnych czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w ich
jedzeniu. Zalecali także, aby ich zjedzenie neutralizować zjedzeniem
czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest
kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach nadmiernego objadania
się przez ludzi jadłodajniową żywnością o "rozpalającym"
charakterze, to stare zalecenie wcale nie musi być już
tak pedantycznie przestrzegane - jak to wyjaśniłem we
wstępie do tej strony.
#F2.
Custard apple (Malaysian name "buah nona"):
Jest to dosyć niezwykły owoc. Faktycznie
jego konsystencja w środku jest podobna
do budyniu. Budyń zaś po angielsku nazywa
się "custard" - stąd nierze się angielska nazwa
tego owocu "custard apple", co można tłumaczyć
jako "jabłko budyniowe". Natomiast w języku
Bahasa Malaysia owoc ten nazywa się "buah
nona" - co można tłumaczyć jako "żeński owoc".
"Custard apple"
posiada dwie wersje, "dziką" i "udomowioną". Jego wersja
udomowiona pokazana jest na "Fot. #F2a", zaś "dzika"
wersja malezyjska na "Fot. #F2b". Owoc ten ma wielkość
typowego jabłka. Obie wersje są przy tym podobnej wielkości.
Jednak powierzchnia tego owocu wygląda jak powierzchnia
owocu "dzikiej jeżyny" powiększonego do wielkości jabłka.
Odmiana "udomowiona" ma przy tym bardziej gładką skórkę i występuje
tylko w zielonym kolorze. "Dzika" wersja malezyjska jest badziej podobna
do jeżyny, oraz może występować także w niebieskim kolorze.
Ma też mniej miąszu w środku i więcej czarnych pestek.
Smak tego owocu jest słodki z cierpkim odcieniem
kwaskowatości. Jest on bardzo przyjemny i smakowity
w jedzeniu.
Fot. #F2a: Interesujący owoc nazywany "custard apple".
Powyżej pokazana jest "udomowiona" odmiana hodowana
obecnie w tropikalnej części Australii. Owa udomowiona
odmiana "custard apple" ma więcej miąszu i mniej pestek
niż "dzika" odmiana hodowana w Malezji. Jednak smak
obu odmian jest w przybliżeniu taki sam.
Fot. #F2b: Oto "dzika" malezyjska odmiana
"custard apple", pokrewnego temu
pokazanemu na "Fot. #F2a". Jak ze
zdjęcia tego widać, w Malezji dostepne
są aż dwa rodzaje tego owocu. Różnią się one kolorem. Jeden rodzaj
po dojrzeniu ma kolor niebieski, inny zaś rodzaj po dojrzeniu
ciągle ma kolor zielony. Oba te rodzaje smakują niemal identycznie
i bardzo podobnie do odmiany australijskiej pokazanej na
zdjęciu "Fot. #F2a".
#F3.
Starfruit:
Starfruit jest kwaskowaty.
Posiada on też bardzo silny smak "zieleniny". Ja osbiście go nie
lubię jako owocu jedzonego na surowo. Lubię jednak sok z niego -
jeśli sok ten zostaje dosłodzony. Sok ten ma bowiem dosyć orzeźwiający
aromat i jest bardzo przyjemny podczas picia, chociaż pozostawia
potem w ustach ów posmak "zieleniny".
Starfruit jest słynny
ze swojej zdolności do obniżania ciśnienia krwi. Dlatego jest
ulubionym owocem ludzi z nadciśnieniem.
Po wzgędem zawartej w sobie energii, "starfruit"
należy do owoców "chłodzących". W dawnych
czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w ich
jedzeniu. Zalecali także, aby ich zjedzenie neutralizować
zjedzeniem czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli
jedząca osoba jest kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach
zalecenie to wcale nie musi być już tak pedantycznie
przestrzegane - jak to wyjaśniłem we wstępie do tej strony.
Fot. #F3: "Starfruit". (Nazwę "starfruit" daje
się tłumaczyć na polski jako "gwiaździsty owoc".) Nazwa
tego owocu wywodzi się z jego kształtu. Szczególnie jeśli
pokroi się go w plasterki w kierunku prostopadłym do jego
osi centralnej. Owe plasterki wyglądają wówczas jak złociste
gwiazdki o średnicy plasterka z naszego jabłka. Ich kolor
jest również bardzo piękny, bo jakby złocisty - podobny
nieco do koloru typowego miodu. Z uwagi na piękny
gwiaździsty kształt i kolor tych plasterków, w restauracjach
krajów tropikalnych plasterki tego owocu często używane
są do ozdabiania innych potraw. Oczywiście, oprócz wnoszenia
wartości zdobniczej, są one także jadalne.
#F4.
Air jambu:
Air jambu z zewnątrz wygladem przypomina
czerwoną odmianę niewielkich stożkowatych jabłek.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak owoce "air jambu" wyglądają.)
Jednak po rozkrojeniu okazuje się że poza
grubą solidną skórką jego cała reszta jest
wypełniona jakby białą, luźną watą. Najbliższe
co moim zdaniem opisywałoby jego smak
to polskie kwaśne wiśnie - tyle że podczas
jedzenia ma się wrażenie jakby gryzło
się jadalną watę o smaku kwaśnych wiśni.
Ja osobiście NIE przepadam za tym owocem,
chociaż wiem że istnieją koneserzy którzy
go uwielbiają.
Pod względem ceny, air jambu należy do grupy
przeciętnie kosztujących owoców. (Tj. na przekór
jego niezbyt interesującego smaku, wcale NIE
jest on tani.)
Po wzgędem zawartej w sobie energii, owoc
"air jambu" należy do owoców "yin" czyli "chłodzących".
Ponieważ w dzisiejszych czasach ludzie typowo
zjadają nadmierne ilości niczym nie zbalansowanej
żywności "rozpalającej" (tj. "yang"), częste jedzenie
owoców "chłodzących", do których "air jambu" należy,
jest zdrowe i wysoce rekomendowane.
#F5.
Petai:
Nazwa "petai" przyporządkowana jest do
rodzaju zielonych owoców rosnących w bardzo
długich zielonych strąkach które mi przypominają
strąki z drzewa akacji.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wygląda skrzynka pełna strąków "petai".)
W owych strąkach znajdują się zielone owoce o kształcie
eliptycznych dysków, lub typowych pigułek aptecznych.
(Kliknij tutaj aby zobaczyć jak wyglądają indywidualne fasolki ze strąków "petai".)
Owoc ten można jeść na surowo - jednak
większość ludzi preferuje go po ugotowaniu.
Mi jego smak przypomina rodzaj dużej fasoli
która w Polsce znana jest pod nazwą "bobu".
Owoc ów należy do grupy silnie śmierdzących,
tyle że w przeciwieństwie np. do owocu "duriana",
smród "petai" zaczyna się odczuwać dopiero
po jego rozgryzieniu. (Tj. świeży owoc jako taki
zdaje się NIE śmierdzieć, aż do czasu gdy go
się rozgryzie lub zacznie gotować.) Smrodem
tego owocu potem przenika kał i mocz jedzącego.
Dlatego wejście do toalety w której ktoś kto
uprzednio zjadł "petai" oddał właśnie mocz
lub kał staje się niemal niemożliwe. Owoc
ten powoduje także bardzo silne zabarwienie
moczu. To zapewne z tych powodów folklor
ludowy twierdzi, że owoc "petai" oczyszcza
dokumentnie wnętrze ciała jedzącego.
Owoc "petai" jedzony jest bardziej z powodów
medycznych, niż dlatego że ktoś go naprawdę
lubi. Przyczyny jego nagminnego zjadania dla
zdrowia wyjaśniono w doskonałym artykule
[1#F5] na temat tego owocu. Artykuł
ten nosi tytuł "Petai power" (tj. "Moc owocu petai").
Ukazał się on na stronach U6 i U7 w dodatku
"Streets" do malezyjskiej gazety
New Straits Times,
wydanie z soboty (Saturday) July 26, 2008.
Zgodnie z owym artykułem [1#F5], owoc
petai ma całą masę składników które są
ogromnie korzystne dla ludzkiego zdrowia.
Przykładowo, owoc ten zawiera aż trzy
rodzaje cukrów generujących energię,
tj. sucrose, fructose i glucose. Jest więc doskonały
np. dla sportowców. Ponadto, jeśli porównać go
np. z jabłkiem, owoc petai ma 4 razy więcej
protein, 2 razy więcej carbohydrates, 3 razy
więcej fosforu, 5 razy więcej witaminy A i żelaza,
oraz 2 razy więcej innych witamin i minerałów.
Zgodnie z powyższym artykułem [1#F5],
prawdziwa moc owego owocu leży jednak
w jego zdolności do leczenia licznych chorób.
Pokaźny wykaz chorób, które według owego artykułu
ów owoc albo leczy albo też załagadza, obejmuje
m.in.: (1) depresja (w której on pomaga ponieważ
zawiera m.in. "tryptophan" - rodzaj proteiny
którą nasze ciało przemienia w "serotonin"
jaka pamaga nam się odprężać, poprawia
nasze samopoczucie, oraz indukuje poczucie
szczęścia), (2) PMS (pre-menstrual tension) -
witamina B6 zawarta w tym owocu reguluje
poziom glukozy w krwi, co poprawia samopoczucie,
(3) anemia - jego bogactwo żelaza stymuluje
produkcje hemoglobin, (4) ciśnienie krwi - wysoka
zawartość potasu przy niskim poziomie soli
powoduje zbijanie ciśnienia krwi, (5) koncentracja
uwagi - potas tego owocu zwiększa też skoncentrowanie
uwagi i ułatwia naukę, (6) zatwardzenie - korzystna dla jelit włóknista
struktura tego owocu eliminuje konstypację, (7)
kac - koktail "petai-mleko-miód" eliminuje kaca,
(8) zgaga - petai eliminuje kwasy żołądkowe,
(9) poranne wymioty - jedzenie petai też je
eliminuje, (10) nerwowość - jego witamia B
uspokaja system nerwowy, (11) nadwaga -
wysoka zawartość petai w carbohydraty
zapobiega nadwadze, (12) wrzody -
jego miękka konsystencja łagodzi i ten problem,
(13) SAD (Seasonal Affective Disorder) - petai
pomaga ponieważ zawiera tryptophan - tj. naturalny
poprawiacz samopoczucia, (14) napięcia - potas
z petai normalizuje bicie serca a więc obniża
poczucie napięcia, (15) wylew krwi (stroke) -
podobno badania wykazały że regularne
jedzenie petai eliminuje ryzyko wylewu krwi
o 40%, (16) ukąszenia komarów - pocieranie
miejsca ukąszenia wewnętrzną częścią skórki
tego owocu eliminuje opuchliznę i irytację,
(17) kurzajki - wystarczy przykleić owoc petai
plastrem do kurzajki aby ją zniszczyć. Jak
powyższe sugeruje, petai jest rodzajem ludowego
lekarstwa pomocnego niemal na wszystko.
Po wzgędem zawartej w sobie energii, owoc
"petai" należy do owoców "yin" czyli "chłodzących".
Znaczy jest on w stanie odniżyć zarówno fizyczną,
jak emocjonalną temperaturę np. kobiet w ciąży.
Podobno w Holandii kobiety w ciąży zjadają petai
aby ich dzieci rodziły się z niską temperaturą.
Część #G:
Opisy "rozpalających" owoców strefy Pacyfiku - czyli owoców co do których zalecane jest umiarkowane jedzenie: